Recenzje

TERMINATOR: OCALENIE. Zmagania z legendą

Solidnie zrealizowane sceny akcji są dobrym uzupełnieniem odrobinę niedopracowanego scenariusza.

Autor: Dawid Karpiński
opublikowano

Po sześciu latach od premiery kontrowersyjnego Buntu Maszyn zdecydowano, że tyle czasu wystarczy, aby rany się zabliźniły i że widzowie gotowi są na przyjęcie nie tylko czwartej części, ale i całej nowej trylogii! Automatycznie pojawia się pytanie: znowu? Co nowego można wymyślić w tak wyeksploatowanym temacie? Okazuje się, że całkiem sporo! Zakończenie Terminatora 3 położyło kres wzajemnym pościgom ludzi i terminatorów w naszych czasach. Dzień sądu okazał się nieunikniony i choć jego data była „przesuwna”, to skłonność ludzi do autodestrukcji musiała do niego doprowadzić. Zresztą już na początku najnowszego odcinka dowiadujemy się, że zniszczenie siedziby Cyberdyne niewiele pomogło, w innej komórce firmy prace nad rozgryzaniem technologii z przyszłości trwały bowiem w najlepsze. Wojna ze Skynetem różni się od tego, co widzieliśmy w prologu opus magnum Jamesa Camerona. Maszyny nie lśnią, jakby dopiero co zjechały z taśmy montażowej, i nie strzelają kolorowymi laserami. Te nieścisłości da się łatwo wyjaśnić faktem, że za technologią Skynetu nie stoi tylko Cyberdyne, lecz również wojsko. Jednak lepiej nie zagłębiać się w logiczne wyjaśnianie wszystkiego, bo w końcu i tak można się potknąć o jeden z wielu paradoksów czasowych.

Jest rok 2018, więc wojna toczy się już od ponad dekady. Fabuła to kilka wątków wrzuconych do jednego worka. Oprócz niekończącej się walki jest świeżo opracowana tajna broń, która może znacznie przechylić szalę zwycięstwa na korzyść ludzi, oraz jest postać Marcusa Wrighta. Dzięki zwiastunom od dawna było wiadomo, że jest on pół człowiekiem, pół maszyną. Szkoda, że twórcy zdecydowali się ujawnić ten ciekawy twist fabularny, nie wspominając o tym, że wypuścili do sieci jakieś 20% filmu w postaci wszelakich trailerów, spotów lub po prostu fragmentów wyciętych z całości. No, ale przecież nikt nikogo nie zmuszał do oglądania czegokolwiek. Pomysł z hybrydą sprawdził się w praniu, chociaż nie jest to żadna nowość, w komiksach wałkowano ten temat kilka razy (ale patrząc na to, co się czasem w nich działo, zgaduję, że nie należą do oficjalnego kanonu). Jednak nie należy spodziewać się długich i głębokich dywagacji na temat tego, gdzie leży granica między człowiekiem a maszyną, to nie ten adres. Pomijając te dwa główne wątki, film skupia się na przemieszczaniu z jednego punktu do drugiego. Bohaterowie niemal cały czas są w ruchu, gdzieś idą, jadą lub lecą. To tak, jakby wyjąć szkielet z gry komputerowej: idź tam, zrób to, wracaj. Zabrakło kręgosłupa i wrażenie, że Terminator: Ocalenie to zlepek pościgów i strzelanin luźno połączonych fabułą, jest bardzo intensywne. Scenariusz wręcz ugina się od nawiązań do poprzednich części. Jest tego tyle, że ludzie, którzy ich nie widzieli (czy są w ogóle tacy?) mogą kompletnie pogubić się w fabule.

Teraz wiem, że chociaż do wyśrubowanego poziomu Terminatora 2 nie udało się zbliżyć, to licencja jest w dobrych rękach i mogę spać spokojnie.

Kyle Reese wspominał o łatwych do wykrycia T-600 ze skórą zrobioną z topornej gumy, teraz można je zobaczyć w akcji w wersji częściowo zniszczonej, której z powodów estetycznych nie pokazał Cameron. Mięczak. Jest tego o wiele więcej, od razu przypomniał mi się Ridley Scott, który na potrzeby jednej sceny budował hiperszczegółowe dekoracje wnętrza Nostromo czy umieszczał na planie fikcyjne futurystyczne czasopisma, których i tak, oglądając Blade Runnera, nie da się zauważyć. Wygląda na to, że scenarzyści za wszelką cenę chcieli nawiązywać do prequeli, począwszy od istotnych elementów opowieści, jak poszukiwania przez Connora swojego przyszłego ojca, na mnóstwie drobnych smaczków kończąc. Przed premierą wydawało się, że z racji zupełnie innych realiów Terminator: Ocalenie będzie oderwany od poprzedników, podczas gdy dzięki takim tanim zabiegom jest zupełnie odwrotnie. Nazwisko reżysera budziło wątpliwości, ale przyznaję, że McG porządnie zrealizował walkę w przyszłości, którą wcześniej można było zobaczyć w krótkich scenach retrospekcji. Postapokaliptyczna atmosfera, brudne i odrapane dekoracje czy wreszcie nowe typy maszyn, to wszystko sprawdziło się w praniu. Kilkupiętrowe Harvestery czy pościgowe moto-terminatory dobrze uzupełniają szeregi armii maszyn. Nowe jednostki są wyspecjalizowane w konkretnych zadaniach i wypadają wiarygodnie, no, może oprócz Hydrobotów, od których roi się wokół ukrytej bazy ruchu oporu, ale jakoś znaleźć jej nie mogą.

Christian Bale, chociaż ostatnio jest dosłownie wszędzie, sprawdził się w swojej roli. Poprzeczka nie została podniesiona jakoś specjalnie wysoko, wszak poprzedni Connor (Nick Stahl) był wyraźnie pozbawiony nabiału. Kluczową dla całej serii postać udało się zrehabilitować i już nie pamiętamy, że był on płaczliwą marudą, z którą nikt się nie liczył. Nie mam poważnych zastrzeżeń do reszty obsady, grają poprawnie i wiarygodnie, ale na aktorskie wyżyny nikt się nie wspina, bo i nie było takiej potrzeby. UWAGA SPOILER Świetnie wypadł świeżo wyprodukowany T-800 model 101 – na ciało dublera nałożono cyfrowo odmłodzoną twarz Arnolda. Co prawda widać go zaledwie przez kilka sekund, ale to i tak robi to ogromne wrażenie. Cyfrowy Arnie nie ma jakiejś ultrarealistycznej mimiki, ale przecież to tylko robot. KONIEC SPOILERA.

Solidnie zrealizowane sceny akcji są dobrym uzupełnieniem odrobinę niedopracowanego scenariusza. Dzieje się sporo, już początkowa sekwencja ataku na VLA, w którym Skynet uwił sobie gniazdko, daje pojęcie o ich znakomitym poziomie. W opowieści nie brakuje luk czy błędów, ale nie zapominajmy, że cała fabuła pierwszych dwóch części opierała się na paradoksach czasowych, więc wytykanie palcami drobnych potknięć jest nie na miejscu. Przyznam, że do kina szedłem z niemałymi obawami. Niepotrzebnie. Widać, że McG, choćby nie wiem jak kretyńsko brzmiało jego imię (pseudonim artystyczny?) to człowiek na właściwym miejscu. Facet ma dobrze przemyślaną koncepcję, wie co i jak pokazać, czuje realia serii i szanuje jej poprzednie odcinki. A przecież wiele dobrych licencji nie miało takiego szczęścia i zostały zarżnięte przez obsadzenie na stołku reżyserskim nieodpowiedniego człowieka.

Czekają nas jeszcze dwie części. Zapewne bliżej poznamy okoliczności, w jakich doszło do wysłania w przeszłość Reese’a i kolejnych mechanicznych zabójców. Zawsze uważałem, że uniwersum terminatora jest zbyt ciekawe, żeby mogło skończyć się tylko na trzech filmach. Teraz wiem, że chociaż do wyśrubowanego poziomu Terminatora 2 nie udało się zbliżyć, to licencja jest w dobrych rękach i mogę spać spokojnie.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane