Recenzje

SZYBCY I ŚNIEŻNI. Są sobie takie rzeczy dla dzieci i dobrze…

W pamięci "Szybcy i śnieżni" nie pozostaną długo, ale z sercem może akurat będzie odwrotnie.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Nie ogarniam tego segmentu, czyli wyskakujących zza winkla animacji i całego tego dystrybuowanego w Polsce nurtu kreskówek, która po prostu sobie są. Animacje-wypełniacze, na które idziesz, bo masz małego bratanka. Jednym z takich wypełniaczy kinowych afiszów są Szybcy i śnieżni. Produkcja tak przyjemna, że nie warto nikomu psuć zabawy malkontenctwem, ale również tak nieodkrywcza, że trudno się nad nią pochylić na dłużej niż jeden seans w kinie. 

Poznajcie śnieżną ekipę, która lubi się ścigać, a jej głównym herosem jest dziecko zarażone manią wygrywania. Frankie, bo o nim mowa, żyje od zawodów saneczkarskich do zawodów, a okres pomiędzy nimi poświęca na dopracowywanie technologii, która pomoże mu wygrać. Między tym wszystkim traci jednak coś o wiele ważniejszego – zdrowe podejście do rywalizacji, a także przyjaciół, którzy zauważają jego obsesję. Jako kontrapunkt pojawia się również przeciwnik, który niejako dawno przekroczył ciemną stronę mocy, co czyni go wprawdzie świetnym zawodnikiem, ale uosabia cechy, którymi Frankie kiedyś gardził. Oczywiście w tej opowieści chodzi o odzyskiwanie przyjaciół, a przede wszystkim – samego siebie, bo czasami wygrana potrafi nam zmącić trzeźwy osąd.

Tytuł nie jest przewrotny i odnosi się do znanej marki o innej „rodzinie”, która lubi się ścigać. Tak, w tej opowieści chodzi również o nią, paczkę przyjaciół, chociaż niezwiązanych krwią i Vinem Dieselem. Przyjaźnie w sporcie, niespełnione ambicje, uzależnienie od adrenaliny… Wszystkie te elementy, które czynią z animacji kino sportowe, zostają odbębnione, a tempo jest szybkie niczym rzeczone wyścigi saneczkowe. A te, trzeba przyznać, zanimowane zostały pomysłowo. Daleko wprawdzie temu do przemyślanych popisów Pixara albo dzieł animacji, o których pamięta się przez lata, ale chałturki nie odwalono. Chodzi chyba o to, że wybierając się do kina na Szybkich i śnieżnych, nie oczekuje się cudów zarówno na poziomie fabularnym, jak i formalnym. Przekaz dotyczący sportu oraz przyjaźni jest jaskrawy, bohaterowie utkani ze znanych tropów, a animacja nie straszy oczu. Mało tego – wszystkie te elementy stoją na zadziwiająco satysfakcjonującym poziomie i piszę to z perspektywy wujka, który po wyjściu z kina z bratankiem był w stanie przegadać z nim wszystkie morały wyniesione z seansu. O to chodziło? Tak, o to, nawet jeśli zabrakło miejsca na jakiekolwiek głębsze kopanie.

Jest to bowiem animacja opowiadająca o tym, że żadna wygrana nie zaspokoi niespełnionych, wynikających z kompleksów ambicji, a prawdziwe remedium na „pędzącą duszę” zwykle stoi obok nas, w postaci przyjaciół. Z tego właśnie powodu polecić tę animację należy najmłodszym widzom, nieoczekującym klasyków gatunku, ale niemającym nic przeciwko dydaktyce utkanej z pozytywnych przekazów. Czasami cieszy się buziuchna dziecka, gdy coś jest szczere, nawet wtedy, gdy rozmowa o tej szczerości kończy się po kilku zdaniach. W pamięci Szybcy i śnieżni nie pozostaną długo, ale z sercem może akurat będzie odwrotnie. 

Ostatnio dodane