Recenzje

SZPIEG. Błyskotliwa intryga z kosmiczną obsadą

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Jeśli miałbym Szpiega podsumować w trzech słowach, napisałbym: oszczędny, klimatyczny, solidny. Oszczędny zarówno w formie, jak i w treści. Praktycznie przez cały film nie da się odczuć żadnego pośpiechu – historia poszukiwania wysoko postawionego podwójnego agenta w sztabie brytyjskiego wywiadu poprowadzona jest powoli, ale w żadnym wypadku nie można mówić o znużeniu. Tak się bowiem składa, że w pewnym momencie klimat paranoi i chorobliwej nieufności panującej na obradach sztabu MI6 chwyta za gardło i nie chce puścić do samego końca filmu.

Gary Oldman zalicza się do, w pewien sposób elitarnego, grona aktorów, których karierę filmową można podsumować jednym krótkim zdaniem: “Jak to nie ma jeszcze nawet nominacji do Oscara?”. W końcu facet odhaczył już na swojej osobistej liście zapadających w pamięć ekranowych kreacji tyle pozycji, że w przyszłości jego zdjęcie znajdzie się w jakiejś encyklopedii jako ilustracja do hasła “dziejowa niesprawiedliwość”. Jednak światełko nadziei zaświtało na łamach pism branżowych po pierwszych seansach Szpiega, kiedy recenzenci z miejsca wytypowali Oldmana na jednego z faworytów w tegorocznym wyścigu po nagrody Akademii.

Colin Firth, Ciaran Hinds

Jednak zanim przejdę do sedna muszę podzielić się jeszcze jedną myślą, która chodzi mi po głowie. Wiele wskazuje na to, że pomimo zagrania absolutnie bezbłędnej i rewelacyjnej roli w Leonie zawodowcu oraz występach w Piątym elemencie, Draculi, Batmanach Nolana i kilku częściach przygód Harry’ego Pottera, twarz Gary’ego Oldmana nie jest uważana za najlepszy haczyk na spragnionego kinowych wrażeń widza. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w kinie, w którym Szpiega oglądałem, najbardziej eksponowano plakat przedstawiający… Colina Firtha? W końcu rok temu został wybrany najlepszym aktorem, a i umawiał się z Bridget Jones, więc dla niego ludzie przyjdą. A co z Oldmanem? Oldman niech się zadowoli tym, że jest na ulotkach rozdawanych przy kasie i gdzieś na ścianie w korytarzu przed wejściem na salę. Główna rola najwyraźniej nie czyni go w oczach marketingowców gwiazdą filmu.

Gary Oldman

O ile jednak odpowiedź na pytanie po co? przychodzi dosyć łatwo i szybko, to pytanie kto? skutecznie przykuwa do fotela na bite dwie godziny.

Jeśli miałbym Szpiega podsumować w trzech słowach, napisałbym: oszczędny, klimatyczny, solidny. Oszczędny zarówno w formie, jak i w treści. Praktycznie przez cały film nie da się odczuć żadnego pośpiechu – historia poszukiwania wysoko postawionego podwójnego agenta w sztabie brytyjskiego wywiadu poprowadzona jest powoli, ale w żadnym wypadku nie można mówić o znużeniu. Tak się bowiem składa, że w pewnym momencie klimat paranoi i chorobliwej nieufności panującej na obradach sztabu MI6 chwyta za gardło i nie chce puścić do samego końca filmu. Można odczuć niemal na własnej skórze toczącą się w wyłożonych tłumiącą dźwięki gąbką ścianach pokoju narad grę, w której każdy z uczestników współpracuje z innymi jakby pod przymusem, nie mogąc lub nie chcąc pozwolić sobie na okazanie czegokolwiek poza profesjonalnym chłodem, tak jakby jeden gest miał zdradzić zbyt wiele. W końcu całości klimatu dopełnia to, że prawdziwy wróg, ten, który znany jest wyłącznie pod kryptonimem i który siedzi gdzieś tam w Moskwie, koniec końców okazuje się być człowiekiem bez twarzy. Agenci żyją więc w niepewności i samotności, sprawdzając przed każdym wejściem do domu, czy klin wciśnięty przed wyjściem między drzwi wejściowe a futrynę nie leży na ziemi, zwiastując obecność niezapowiedzianego gościa. Kimkolwiek by on nie był.

John Hurt

A jeśli o chodzi o solidność, to solidne są dosłownie wszystkie role występujących w Szpiegu aktorów. I tych na dalekim planie, i tych na planie zupełnie bliskim. Patrząc na plakat i widząc znajdujący się na nim sznur nazwisk trudno było tak naprawdę spodziewać się czegoś słabszego. Rozczarowuje jedynie to, że nie każde z nich zostało wykorzystane należycie, otrzymując ilość czasu ekranowego nieadekwatną do możliwości lub znaczenia postaci. Z czterech podejrzanych dosyć szybko wykluczyć można przynajmniej jedną osobę tylko dlatego, że przez cały film pozwolono jej się odezwać dosłownie w jednej, dwóch scenach. Sama intryga również daje widzowi wcześniej elementy układanki, które może on sobie ułożyć w całość szybciej niż bohaterowie. O ile jednak odpowiedź na pytanie “po co?” przychodzi dosyć łatwo i szybko, to pytanie “kto?” skutecznie przykuwa do fotela na bite dwie godziny.

Dosyć trudno jest zauważyć na pierwszy rzut oka to, o czym zaraz po premierze filmu na festiwalu w Wenecji pisała prasa odnośnie głównej roli Gary’ego Oldmana. Smiley w jego wykonaniu nie jest postacią, która kradnie każdą minutę filmu, ilekroć tylko pojawi się w obrębie kadru. Oldman nie operuje też tutaj charakterystycznym dla siebie repertuarem emocji: na pierwszą kwestię padającą z jego ust trzeba poczekać parę ładnych minut, potem praktycznie nie podnosi głosu, a z jego postaci emanuje spokój. Spokój, który jest raczej efektem zrezygnowania i zmęczenia. I w pewnym momencie następuje Ta Scena, kiedy Smiley zaczyna się zwierzać i prowadzić dialog z nieobecnym towarzyszem, tutaj reprezentowanym przez puste krzesło. Tak naprawdę Oldman odgrywa ją na tym samym, odpowiednio wysokim poziomie, ale jej kontekst i wydźwięk sprawiają, że uderza ze zwielokrotnioną siłą, zapadając głęboko w pamięć.

Colin Firth

Smutny film o smutnym człowieku chodzącym po smutnych, szarych ulicach i korytarzach. Jak to europejsko brzmi… Rola warta Oscara? Raczej nie. Rola warta włączenia do grona pięciu najlepszych aktorów w tym roku? O tak. Miejmy nadzieję, że Gary Oldman nie skończy jak Christopher Plummer, o którym Akademia przypomniała sobie (przyznając mu pierwszą w życiu nominację) dopiero wtedy, gdy ten przekroczył magiczną granicę osiemdziesięciu lat na karku.

Mark Strong

Tekst z archiwum film.org.pl (02.12.2011).

Ostatnio dodane