W stronę zachodzącego słońca

SZERYF Z FIRECREEK

Podstarzali, nie tak sprawni fizycznie, jak podczas Złotej Ery Hollywood, ale wciąż magnetyzujący, potrafiący przykuć wzrok widza do ekranu na dobre – James Stewart i Henry Fonda wprowadzają "Szeryfa z Firecreek" na nowy, zdecydowanie wyższy poziom.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Przyjaźń Henry’ego Fondy i Jamesa Stewarta rozpoczęła się już w 1932 roku, kiedy to obaj wylądowali w tym samym mieszkaniu, zmagając się z Wielkim Kryzysem jako młodzi, perspektywiczni aktorzy nowojorskiego teatru. Pomimo tego, że pozostali w bliskich stosunkach przez 50 lat (aż do śmierci pierwszego z nich w 1982 roku), pojawili się razem na ekranie zaledwie kilka razy. Szeryf z Firecreek jest pod tym względem filmem wyjątkowym – westernem, w którym możemy podziwiać zarówno Stewarta w roli stróża prawa, jak i Fondę wcielającego się w herszta grupy bandytów.

Pierwszy na ekranie pojawia się Fonda – wraz z napisami tytułowymi obserwujemy kilku rewolwerowców, którymi dowodzi grany przez gwiazdę Dwunastu gniewnych ludzi Bob Larkin. Wyczerpani strzelaniną poszukują miejsca, w którym mogliby nabrać sił i opatrzyć ranę przeszytego kulą w okolicach żeber przywódcy. Napotkana po drodze dziewczyna jako najbliższe miasteczko wskazuje tytułowe Firecreek. Tam też udaje się banda, a jej huczne przybycie przewraca życie spokojnych, zgnuśniałych obywateli do góry nogami.

Zadanie powstrzymania bandytów spoczywa na barkach granego przez Stewarta szeryfa, który długo ociąga się z jego wykonaniem. Na co dzień mieszka poza miasteczkiem, funkcję stróża prawa pełniąc raczej sporadycznie, nie na pełen etat. Systematycznie więc odsuwa od siebie kłopot, upominając bandytów co najwyżej słownie, a zaniepokojonym mieszkańcom powtarzając, że „przecież tak naprawdę nic złego nie zrobili i póki co nie ma podstaw do interwencji”.

Zachęceni indolencją szeryfa (którego wprost nazywają „kretynem”), rewolwerowcy poczynają sobie coraz śmielej, co prowadzi ostatecznie do katastrofy i rozlewu krwi. Jeden z nich gwałci zamieszkującą Firecreek Indiankę, za co w odwecie zostaje zastrzelony przez lokalnego chłopca stajennego (w tej roli młody, całkiem zręcznie naśladujący styl aktorski Jamesa Deana Robert Porter). Arthur, bo tak ma na imię, płaci jednak za swoją odwagę najwyższą możliwą cenę – gang Larkina bierze (nie)sprawiedliwość w swoje ręce i wiesza biednego chłopaka na belce w stajni. Dopiero tak tragiczne i krwawe wydarzenia zmuszają szeryfa do interwencji – niczym ponad 15 lat wcześniej Gary Cooper w klasycznym W samo południe, samotnie staje do walki z rewolwerowcami.

henry fonda james stewart

Henry Fonda i James Stewart na planie „Szeryfa z Firecreek”.

Zbieżności ze znakomitym westernem Freda Zinnemanna nie kończą się na tak ogólnym stwierdzeniu. Zgadza się również liczba przeciwników (czterech), morderstwo drugiego na terenie stajni, kluczowa rola kobiety przy zabójstwie jednego z rewolwerowców, ograniczone do niezbędnego minimum miejsce i czas akcji, bierna postawa obywateli (podsumowana przez protagonistę gorzkimi słowami: „Bierność to już chyba nasz zwyczaj”), a nawet finałowy odjazd na bryczce, która zabiera z pola walki ciężko rannego, ale zwycięskiego bohatera. Reżyser Szeryfa z Firecreek, Vincent McEveety, nie był jednak Fredem Zinnemannem, lecz weteranem seriali telewizyjnych (pracował m.in. przy realizacji takich klasyków jak Columbo oraz Star Trek), dla którego western ze Stewartem i Fondą w rolach głównych był kinowym debiutem. To, rzecz jasna, widać na ekranie – brak tutaj przede wszystkim nieustannego, skrupulatnie budowanego napięcia towarzyszącego seansowi W samo południe oraz wysmakowanych wizualnie kadrów (wyjątek pod tym względem stanowi zaskakująco ekspresyjna, złowieszcza scena gwałtu – być może najlepszy fragment całego filmu).

Na umęczonej, pokrytej zmarszczkami twarzy sześćdziesięcioletniego Stewarta trudno dopatrzeć się dawnej zadziorności, nieustępliwości.

Nie brak za to świetnych aktorów, którzy już samą swoją obecnością wiele wnoszą do projektu McEveety’ego. Podstarzali, nie tak sprawni fizycznie jak podczas Złotej Ery Hollywood, ale wciąż magnetyzujący, potrafiący przykuć wzrok widza do ekranu na dobre – James Stewart i Henry Fonda wprowadzają Szeryfa z Firecreek na nowy, zdecydowanie wyższy poziom. Na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza pierwszy z nich – znajdujący się w centrum akcji przez niemalże cały film (tym razem przenikliwością wykazali się polscy tłumacze, którzy przenieśli środek ciężkości z miejsca na bohatera, amerykański tytuł brzmi bowiem po prostu Firecreek). Na umęczonej, pokrytej zmarszczkami twarzy 60-letniego Stewarta trudno dopatrzeć się dawnej zadziorności, nieustępliwości – cech charakterystycznych dla odgrywanych przezeń bohaterów z westernów Anthony’ego Manna. Gdy po raz pierwszy otwarcie stawia się on bandytom, wygłaszając płomienne przemówienie, bliźniaczo podobne do tego, które usłyszeć mogliśmy w Zakolu rzeki, żaden z antagonistów nie potrafi potraktować go poważnie. Rozbawiony raczej niż przestraszony, bohater Henry’ego Fondy przedziurawia mu nogę szybkim strzałem z rewolweru, komentując żartobliwie: „To powinno spowolnić twój pościg”.

Dla Fondy Szeryf z Firecreek okazał się przedsmakiem, rozgrzewką przed datowanym na ten sam rok (1968) Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Warto pamiętać, że po raz pierwszy w westernowego złoczyńcę aktor wcielił się nie w monumentalnym arcydziele Sergia Leone, lecz właśnie w drobnym, kameralnym filmie McEveety’ego – zupełnie już dziś zapomnianym, a przecież nie bezwartościowym.

Ostatnio dodane