Recenzje

OSTATECZNA OPERACJA. Szczurzy los Eichmanna

Netflix bierze się za Holokaust

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Eichmann traktował Endlösung der Judenfrage jako coś normalnego, naturalnego, koniecznego, żeby ocalić świat.

Prócz tych wielu retrospekcyjnych naiwności i banalnych dopowiedzeń trzeba jednak oddać sprawiedliwość produkcji za poruszającą scenę z kobietą w okopie, za ciekawie rozegrane relacje między Eichmannem a Peterem Malkinem, kiedy agent próbuje namówić go do podpisania zgody na wyjazd na proces, oraz portretujące zdjęcia Javiera Aguirresarobe’a. Robi też wrażenie, kiedy Ben Kingsley niespodziewanie wyprowadza swojego ulubionego agenta z równowagi. Jego mocne słowa tną filmowe powietrze jak mikroskopijne sztylety. Nie widać ich, a jednak w głowie pojawiają się odstręczające obrazy. Twarz Kingsleya pozostaje przy tym radykalnie pogrążona w kreacji Eichmanna.

To jest właśnie ten jedyny moment w całym filmie, kiedy reżyser jest najbliżej oddania paradoksu bycia nazistą, który można zbudować na podstawie tez Hannah Arendt – z jednej strony „normalny” człowiek, kochający rodzinę, kraj, zwierzęta, muzykę i sztukę, jest zarazem w naszych oczach bestią tak straszliwą jak piekielny demon. Dzieje się tak dlatego, że Eichmann traktował Endlösung der Judenfrage jako coś normalnego, naturalnego, koniecznego, żeby ocalić świat. W jego świadomości (a nie w nabytym w toku dorosłego życia światopoglądzie) nie mieściła się kategoria Żyd-człowiek, ale Żyd-zwierzę-pasożyt. Zło dla niego przybrało banalną formę czynów, które uznane są za zabronione tylko przez tych słabych i mniej doskonałych – żeby przeżyć, nie można takim być. To w pewnym sensie mesjańskie podejście do narodu niemieckiego może być traktowane jako usprawiedliwienie zbrodni Eichmanna. Hannah Arendt precyzyjnie opisała mechanizm powstawania takich ambiwalentnych postaw, równocześnie wytykając Żydom, że z procesu Eichmanna zrobili polityczne przedstawienie, które z kolei odwracało uwagę od aktualnych, dyskusyjnych etycznie działań wobec sąsiadów. W tej filozoficzno-egzystencjalnej perspektywie tak skrzywdzony naród jak Żydzi funkcjonuje z jednej strony w ciągłym lęku, że Holokaust wróci, a z drugiej poprzez działania prewencyjne, sam może go wytworzyć, bo ludobójstwo nie jest zjawiskiem ograniczonym do rasy aryjskich panów. Jest potencjalną właściwością każdego narodu, którego członkowie zostaną wyobcowani i osamotnieni.

Mimo jednak tych kilku scen dość celnie portretujących zbrodniarza, a jednocześnie człowieka, szczerze, wolałbym zobaczyć kontrowersyjny film o ucieczce Eichmanna tzw. „szczurzym korytarzem” zamiast niejasnych wtrętów o tym w fabule. Niemniej cieszę się, że w ogóle film wspomina o watykańskiej pomocy nazistom. Zbyt bezpiecznie jednak. Nawet ksiądz wykrzykujący Sieg Heil nie zmieni całościowego wydźwięku produkcji – nikogo zbytnio nie urazić, zaprezentować tylko najbardziej oczywiste interpretacje, usunąć zbrodniarza, tworząc tym samym happy end, i wszyscy później żyli długo i szczęśliwie. A więc naziści są źli, chcą powołać nową III Rzeszę w Argentynie, Żydzi są dobrzy, a wewnętrzne rozterki postaci, chociaż na szczęście istnieją, to jednak nie wpływają na klimat filmu, jak by można oczekiwać.

Może dlatego, że Chris Weitz starał się lawirować między trzymającą w napięciu sensacją a dramatem psychologicznym. Z jednej strony nie stworzył na tyle wartkiej akcji, żebym poczuł wiatr we włosach jak w Mission Impossible, a z drugiej mógł pokazać znacznie mocniej i mniej banalnie Holokaust. Sądzę, że pozostało jeszcze wiele nieodkrytych zabiegów fabularnych działających na emocje odbiorcy bez ich trywializowania. Trzeba jedynie zmusić widza do bardziej intensywnego myślenia, trzeba umiejętnie zbudować wzruszenie albo i napięcie za pomocą kilku scen, niekonieczne następujących po sobie, jak np. zrobił to Steven Spielberg w Liście Schindlera za pomocą dziewczynki w czerwonej sukience. Trzeba wreszcie usilnie nie prowadzić publiki za rękę. Nieco ją zmanipulować, wbić bolesną szpilę pod paznokcie, podroczyć się, wyśmiać jakąś intymną sferę tabu, a na koniec zostawić przestrzeń na samodzielną interpretację bez ostatecznych rozstrzygnięć. W tym sensie Ostateczna operacja jest dla mnie zbyt ostateczna i spodziewana. Do filmu nie wrócę.

Ostatnio dodane