Recenzje

SYNONIMY. Intrygujące, ciekawe, nieszablonowe

Koniec końców "Synonimy" sprowadzić można do ciągu, powiązanych ze sobą przy pomocy postaci Yoava, mniej lub bardziej udanych scen. Całe szczęście tych drugich jest odrobinę więcej.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Centrum Paryża. Do opuszczonej na pierwszy rzut oka kamienicy wpada młody mężczyzna z plecakiem. Wchodzi do opustoszałego mieszkania, pozbawionego mebli oraz ogrzewania. W ramach walki z dokuczliwym chłodem postanawia zażyć kąpieli w wannie – bodajże jedynym sprzęcie, jaki znajduje się w całym lokalu. Podczas kąpieli w tajemniczych okolicznościach znika plecak bohatera – w jednej chwili traci on cały swój dobytek. Mężczyzna zaczyna panikować, miota się nagi po całej kamienicy, pukając do kolejnych drzwi i błagając o pomoc. Nikt jednak nie odpowiada. W końcu wraca do mieszkania, gdzie skrajnie wycieńczony, zrezygnowany i przemarznięty zasypia w wannie.

W ten wyjątkowo intrygujący sposób rozpoczynają się Synonimy. O głównym bohaterze wiemy tyle co nic; dostrzec możemy jedynie w scenie kąpieli, że tajemniczy mężczyzna jest obrzezany. Na to właśnie uwagę zwracają Emile i Caroline – współlokatorzy, którzy następnego dnia rano ratują nieprzytomnego bohatera przed śmiercią, transportując go z lodowatej, niewygodnej wanny do ciepłego, przestronnego łóżka. Wraz z dwójką Francuzów poznajemy coraz więcej szczegółów dotyczących mężczyzny. Na imię ma Yoav, do Paryża przybył, aby na dobre odciąć się od żydowskich korzeni i rozpocząć nowe życie. Emile i Caroline otaczają Yoava troskliwą opieką, oferując mu na start przyjaźń, pieniądze oraz ubrania. Z czasem pomiędzy tą trójką wytwarza się rodzaj erotycznego napięcia, co prowadzi do powstania trójkąta miłosnego bliźniaczo podobnego do tego, który przedstawił w Marzycielach Bernardo Bertolucci (tam również dwójce rodowitych Francuzów towarzyszył przybysz z zewnątrz – amerykański student o aparycji Michaela Pitta).

synonymes

Lapida interesuje przede wszystkim bohater, nie opowieść.

Wszystko, co dzieje się później, ściśle związane jest z Yoavem. Reżysera, Nadava Lapida, interesuje przede wszystkim bohater, nie opowieść. Niemalże przyklejona do mężczyzny kamera towarzyszy mu w wędrówkach po Paryżu, który filmowany spontanicznie, z ręki (ciekawie koresponduje to ze stanem rozchwiania emocjonalnego Yoava), zupełnie nie przypomina miasta znanego z pocztówek czy zdjęć waszych znajomych z Facebooka. Jeżeli w kadrze w ogóle znajdzie się jakiś monumentalny, ikoniczny zabytek, to już po chwili znika, zarejestrowany jakby mimochodem, przez przypadek. Yoav przemierza stolicę Francji w nieodłącznym, intensywnie musztardowym płaszczu i z „lekkim” słownikiem pod pachą. Niewielka książeczka służy mu do nauki języka oraz poszukiwania tytułowych synonimów, co pozwala mu używać coraz bardziej wyszukanych określeń szkalujących jego rodzinny Izrael.

I tutaj pojawia się pewien paradoks, który odebrać można jako główny, najważniejszy problem poruszany przez Lapida w Synonimach. Yoav za wszelką cenę, co wielokrotnie podkreśla, pragnie wyzwolić się z więzów, jakie narzuca mu jego pochodzenie, przybrać nową tożsamość – zostać Francuzem z krwi i kości. Jednocześnie niemalże natychmiast po przybyciu do Paryża bohater kontaktuje się z członkami miejscowej diaspory żydowskiej, wchodzi w konszachty z przedstawicielem skrajnego ugrupowania proizraelskiego, a wkrótce rozpoczyna pracę w ambasadzie. Wygląda na to, że Yoav sam nie wie, czego chce. Miota się, zupełnie tak, jak w opisanym na wstępie prologu, pomiędzy pragnieniem rozpoczęcia nowego życia a swoją żydowskością, od której, pomimo wielu płomiennych deklaracji, nie jest w stanie kompletnie się odciąć. Przypomina pod tym względem chociażby Aleksandra Portnoya, bohatera słynnej, skandalizującej (jak na swoje czasy, czyli końcówkę lat sześćdziesiątych) powieści Philipa Rotha, który również mierzy się przez cały utwór ze swoim pochodzeniem, a kulminacją tych zmagań jest inicjacyjna podróż do Izraela.

synonymes

Yoav, w przeciwieństwie do Portnoya, nie ma jednak zamiaru wracać do kraju swoich przodków. Właśnie z niego wyjechał, przywożąc ze sobą bagaż nieprzyjemnych doświadczeń związanych przede wszystkim z obowiązkową służbą wojskową. Lapid wizualizuje wspomnienia Yoava, wplatając w narrację krótkie wstawki o charakterze retrospekcyjnym będące jednymi ze zdecydowanie najlepszych fragmentów Synonimów. Pomysłowo zainscenizowane (ubrana w mundur piosenkarka przechadzająca się wśród stojących w rzędach żołnierzy), okraszone zapomnianymi szlagierami muzyki popularnej (Yoav strzelający do celu w rytm „Je ne veux pas travailler” Pink Martini) sprawiają, że film staje się nieco przyjemniejszy w odbiorze. Bo powiedzmy sobie szczerze: seans Synonimów nie należy do najsympatyczniejszych doświadczeń. Chaotyczna narracja, przydługie sceny o charakterze manifestów, brutalnie pourywane wątki – to sprawia, że film Lapida pod względem formalnym zaczyna orbitować niebezpiecznie blisko późnych, nie nadających się do oglądania wybryków Jeana-Luca Godarda.

Zwycięzca tegorocznego Berlinale to dzieło wyjątkowo nierówne, co oczywiście nierozerwalnie związane jest ze strategią narracyjnego chaosu, świadomie, jak sądzę, obraną przez reżysera. Koniec końców Synonimy sprowadzić można do ciągu powiązanych ze sobą przy pomocy postaci Yoava mniej lub bardziej udanych scen. Całe szczęście tych drugich jest odrobinę więcej.

Ostatnio dodane