Recenzje

ŚWIAT, KTÓRY NADEJDZIE. Czy wierzycie w nadejście lepszych czasów?

Autor: Krzysztof Nowak
opublikowano

Znacie to uczucie, kiedy w mroźny zimowy wieczór układacie się na kanapie, okrywacie kocem i odpoczywacie przy lekturze ulubionej książki, popijając ciepłe kakao? Trafiliście pod właściwy adres. Dzieło Mony Fastvold ma bowiem w sobie tyle z literatury, ile to tylko możliwe w przypadku medium, bądź co bądź, wizualnego. Tutaj każde zapisane w dzienniku wspomnienie zostaje ubrane w pełne kwiecistych porównań i emocjonalnych deklaracji słowa narratorki, przywodzące na myśl najwybitniejsze pozycje romantyczne. Tym wszakże jest film – romansem, ponieważ choć dramatyczna poszewka nigdy nie ulega zdarciu, to scen spotkań zakochanych bohaterek wyczekujemy z utęsknieniem, w międzyczasie spijając z ust Abigail opisy łączących obie panie uczuć. A jednak w swoich oczekiwaniach pozostajemy równie, jeśli nie bardziej naiwni niż one same, bo ostatecznie scenarzyści Świata, który nadejdzie pozbawiają nas wszelkich złudzeń – w Ameryce XIX wieku żona była własnością męża.

Historię poznajemy z perspektywy wspomnianej już Abigail (Katherine Waterston), pracującej z mężem na roli. Kobieta, notując potrzebne do sprawnego funkcjonowania farmy materiały, równolegle prowadzi dziennik, przeprowadzając nas przez najprawdopodobniej najbardziej burzliwe pół roku swojego życia. Taką też formę przybiera film, którego kolejne fragmenty przedzielają kartki zapisków opatrzone odpowiednimi datami. Dni upływają Abigail na monotonnym wypełnianiu obowiązków domowych – przynajmniej do czasu, gdy poznaje nową sąsiadkę, Tallie (Vanessa Kirby). Wtedy budzą się w niej uczucia, o których istnieniu wcześniej nie miała nawet pojęcia, i zaczyna niecierpliwie odliczać minuty do kolejnych regularnych spotkań.

Od samego początku nie wątpimy w to, dlaczego Abigail zakochuje się w Tallie. Casting Kirby do tej roli okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ charakterystyczna uroda aktorki już w pierwszej chwili przyciąga uwagę, a burza rudych loków znacząco odcina ją od szarej rzeczywistości. Efekt potęguje zaś charakter bohaterki, znakomicie oddany przez gwiazdę spin-offu Szybkich i wściekłych. Zadziorny uśmiech, bezczelne spojrzenie i elegancka postawa to zabójcza kombinacja, więc nie dziwi, że od razu robi wrażenie na przyzwyczajonej do zupełnie innego modelu zachowania Abigail. Jednocześnie trzeba zaznaczyć jedno – fakt, że kreacja Katherine Waterston wygrywana jest przede wszystkim na subtelnościach, w żaden sposób jej nie ujmuje. To rola równie dobra, jeśli nie lepsza, bo prowadzona tak konsekwentnie, tak minimalistycznie, a w pełni oddająca płynące z offu komentarze. Wystarczy wspomnieć genialny fragment filmu z Abigail reagującą na nadejście męża i kochanki – Waterston nadaje nowe znaczenie narracji wizualnej.

Zresztą o to ostatnie możemy oskarżyć całą ekipę odpowiedzialną za wygląd i brzmienie produkcji – wszyscy są tu winni znakomitej roboty. Sposób, w jaki Mona Fastvold przy wsparciu operatora André Chemetoffa i scenografa Jean-Vincenta Puzosa aranżuje sceny – tak, byśmy na własnej skórze odczuli przeraźliwy mróz, ciepło pocałunku czy żar buchającego ognia – jest materialnym dowodem na mistrzostwo ich rzemiosła. Szczególnie dosłownie wypada tu przedstawienie sytuacji skrajnych – podczas pewnej śnieżycy wytężamy wzrok, by dojrzeć postacie w wypełniającej ekran białej plamie. Nad całością czuwa ilustracyjna muzyka Daniela Blumberga i „czuwa” jest tu dobrym określeniem, bo debiutujący w pełnym metrażu kompozytor świetnie dostosowuje melodię nie tylko do warunków atmosferycznych, ale i samego tonu danej sceny.

Jak dotąd pisałem wyłącznie o chłonięciu filmowych kadrów, wsłuchiwaniu się w piękną muzykę oraz przyglądaniu fantastycznym kreacjom i nie jest to przypadkowe. Opowiadana fragmentarycznie historia stoi głównie poetyckością, którą czasami Abigail samodzielnie ubiera w sugestywne słowa, a innym razem reprezentuje ją urocza symbolika (prezenty urodzinowe). Dramatyczne momenty, choć przydarzają się często – z czego jeden z nich, warunkujący wycofaną, niemalże zimną powierzchowność protagonistki ma miejsce na samym początku – nie będą działać, jeśli nie zaangażujemy się w relację przedstawionych bohaterów. W tym momencie pozostaje mi pogratulować pozostawienia narratorki. Zabieg, mimo że podczas adaptowania historii książkowych nadużywany i wielokrotnie będący wyłącznie ułatwieniem dla reżyserów, w tym przypadku zdecydowanie się sprawdza i pozwala nam lepiej zrozumieć działania Abigail, która w przeciwnym wypadku mogłaby nas odstraszyć swoją introwertyczną naturą. Nie da się jednak ukryć, że niekiedy tych słów pada za dużo.

Nic dziwnego zresztą, że uczucia przelewa w głównej mierze na papier, skoro właśnie tego oczekuje po niej codzienność. Nastawieni na praktyczne podejście do życia mężowie obu pań (w tych rolach bardzo dobrzy Casey Affleck, także producent, i Christopher Abbott) wymagają od swoich żon przede wszystkim dwóch rzeczy – zajmowania się gospodarstwem i rodzenia dzieci. Szczególnie ta druga staje się istotną częścią fabuły, rzucając cień na samopoczucie dwójki kobiet i poniekąd wartościując je. Możemy tu wystosować paralelę do rzeczywistości: dlaczego wychowywanie potomstwa miałoby warunkować życie jednostki w społeczeństwie? Czemu na bazie płci komukolwiek odbiera się prawo do samostanowienia? Należy zaznaczyć przy tym, że film nie demonizuje męża Abigail, wręcz przeciwnie – na zasadzie kontrastu z sytuacją Tallie pokazuje, że w gruncie rzeczy trafiła całkiem nieźle. To dobry człowiek i dobry przyjaciel, przekonuje nas reżyserka, po prostu nie rozumie albo nie jest w stanie spełnić potrzeb żony.

A o czym jest ten film, jeśli pominiemy całą warstwę dosłowną i postanowimy go zinterpretować? O miłości, przyjaźni, marzeniach. O wszystkich tych rzeczach na raz i każdej z osobna. Jak głosi tytuł, ten świat dopiero się kształtuje. Może nie teraz, może nie w tej rzeczywistości, ale gdzieś tam czeka na nas spokój i spełnienie obietnic. Niezależnie od tego, czy w to wierzycie, jeżeli szukacie literackiego romansu opowiedzianego za pomocą obrazu filmowego, to wypatrujcie pokazów Świata, który nadejdzie. Kto wie, może filmowi uda się Was przekonać, że warto mieć nadzieję. Na czasy, w jakich przyszło nam żyć, trudno o piękniejszą myśl i pozostaje wierzyć, że rzeczywiście wkrótce wszystko się zmieni. Że świat, który nadejdzie, naprawdę będzie swoją lepszą wersją.

Ostatnio dodane