W stronę zachodzącego słońca

STRZAŁY O ZMIERZCHU

Motyw przemijającej chwały Dzikiego Zachodu gładko wpasowuje się w elegancko wykorzystaną gatunkową ramę, tworząc solidny western z ciekawą warstwą dramatyczną.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Fakty są nieubłagane – czas płynie, a rewolwerowcy się starzeją. Gdy westernowi protagoniści są już posunięci w latach, motyw odjeżdżania w stronę zachodzącego słońca (dosłowny lub metaforyczny) może nabrać egzystencjalnego podtekstu, którego siła przyćmiewa archetypiczne konfrontacje dobra ze złem i awanturnicze intrygi, wyznaczające zazwyczaj trajektorie filmów o Dzikim Zachodzie. Godnym uwagi jest, że im bardziej western jako gatunek wkraczał w fazę refleksyjnej dojrzałości, wyznaczanej przez stopniowe wprowadzanie moralnej ambiwalencji i pesymistycznych tonów do słonecznej tkanki filmów, tym wyraźniej zaznaczał się w jego głównym nurcie motyw przemijania i starzenia. Ilustracją tego przesunięcia mogą być Strzały o zmierzchu – western być może nie rewizjonistyczny, ale bardzo sugestywnie wpuszczający w klasyczne ramy dość posępne konteksty rozpadania się etosu Dzikiego Zachodu.

Autorem filmu z 1962 roku jest Sam Peckinpah, który w ciągu następnej dekady miał zasłynąć jako Krwawy Sam, wpisujący się w rewizjonistyczny nurt westernu poprzez odkrywanie jego brutalnego i brzydszego oblicza. Strzały o zmierzchu, drugi film w reżyserskim dorobku Peckinpaha, były dla twórcy swoistym otwarciem, nadającym rozpędu jego karierze w przemyśle filmowym. Jest to też dzieło wyznaczające główne kierunki, w których podążała później artystyczna ścieżka Peckinpaha – wyraźnie dostrzec można wysuwające się na pierwszy plan wątki erozji ideałów i zmagania bohaterów z własnym sumieniem oraz moralnym zepsuciem otaczającego ich świata. Całość może być skrojona jeszcze dość klasycznie, a Peckinpahowski fatalizm i organiczna brutalność, którą wyróżniały się jego kolejne filmy, nie są tu jeszcze tak widoczne, jak w Majorze Dundee, ale bez trudu można w Strzałach o zmierzchu rozpoznać autorski sznyt reżysera, proponującego dosyć gorzką refleksję na temat kondycji moralnej człowieka Dzikiego Zachodu.

Fabuła filmu organizuje się wokół dwóch niemłodych już weteranów – Steve’a Judda i Gila Westruma. Niegdyś walczyli ramię w ramię o lepsze jutro, stojąc na straży porządku i prawa. W momencie, w którym ich poznajemy, z dawnej chwały zostały im już tylko wspomnienia – ten pierwszy podróżuje jako najemna obstawa na usługach banków, ten drugi zaś prowadzi wraz z młodym, narwanym wspólnikiem Heckiem nie do końca uczciwe interesy w małym kalifornijskim miasteczku. Ich drogi przecinają się, gdy Steve poszukuje wspólników do misji odbioru złota z górniczej osady w górach Sierra Nevada. Gil i Heck dołączają do niego, licząc jednak nie tyle na oferowaną przez bank gażę, co mając nadzieję, że w międzyczasie namówią Steve’a do złamania umowy i zagarnięcia 25 tysięcy dolarów dla siebie. Po drodze do kompanii głównych bohaterów dołącza jeszcze naiwna córka apodyktycznego farmera, Elsa, która wykorzystuje wizytę rewolwerowców do ucieczki od ojca w celu wzięcia ślubu z jednym z górników. Sama kopalnia okazuje się jednak miejscem dużo mniej sympatycznym, niż cała czwórka mogłaby się spodziewać, a konfrontacja sprzecznych interesów wewnątrz grupy podróżników nałoży się z koniecznością zmierzenia się ze zdegenerowanymi wydobywcami złotego kruszcu.

Z jednej strony Strzały o zmierzchu proponują rasową gatunkową intrygę, w której otrzymamy zarówno wyraziste konfrontacje charakterów, nie do końca oczywisty wątek miłosny i uczciwą dawkę bijatyk oraz strzelanin, które temu wszystkiemu towarzyszą. Z drugiej jednak Peckinpah buduje elektryzującą wizję rozpadu mitu dawnych herosów. Miejsce w świecie niemłodych już rewolwerowców ilustruje doskonale otwierająca scena, kiedy początkowo wydaje się, że mieszkańcy miasteczka wiwatują na cześć przybywającego Steve’a, jednak ten szybko zostaje poproszony o usunięcie się z drogi wypadającej zza zakrętu gonitwy. To do uczestników wyścigu – ustawionego prawdopodobnie przez Gila i Hecka – skierowane są radosne okrzyki, a niegdyś władczy i uwielbiany heros staje się tylko przeszkadzającym przechodniem. Znakomici Joel McCrea i Randolph Scott wydobywają ze swoich postaci starzejących się rewolwerowców subtelnie tragiczne tony, a przyjazd do zepsutej moralnie osady górniczej jest tu nie tylko elementem intrygi, ale też tłem dla ostatecznego starcia dawnych przyjaciół. Motyw zepsucia i moralnej choroby toczącej społeczeństwo jest w Strzałach… wprowadzany dyskretnie, jednak znajduje bardzo silne odbicie w kontraście pomiędzy głównymi bohaterami.

Zarówno trzymający się nieugięcie kodeksu honorowego Steve, jak i toczony cynizmem i chciwością Gil cierpią z powodu utraty dawnej chwały, próbując poradzić sobie w coraz bardziej bezlitosnej, upadłej rzeczywistości. Młody Heck z kolei za pomocą dwóch ojcowskich figur przeżywa przy nich swoją własną transformację, szukając jakby równowagi pomiędzy wyznaczanymi przez starszych mężczyzn biegunami. Wizja, którą proponuje nam tu Peckinpah, to wizja świata, w którym coraz mniej jest miejsca na nieskażony niczym idealizm, a nawet najlepsi muszą iść na kompromisy, by przetrwać – otwartą kwestią jest, czy uda im się przy tym pozostać po dobrej stronie moralnej. Ciężar egzystencjalnych rozważań skontrapunktowany jest jednak wartką akcją ze zręcznie zarysowanymi antagonizmami oraz właściwą najlepszym przedstawicielom gatunku dynamiką opowieści, w której mimo nieprzesadnie długiego metrażu można się należycie rozsmakować.

Nie jest to też opowieść jednoznacznie fatalistyczna, w której ludzie pogrążeni są w beznadziejnym błędnym kole. Choć Strzały o zmierzchu oferują dość gorzką wizję przemijania heroicznych lat Dzikiego Zachodu, znajduje się tu też miejsce dla bardziej pozytywnego wydźwięku. Film można też potraktować jako opowieść formacyjną dwójki młodszych bohaterów, którzy dzięki konfrontacji Steve’a i Gila odnajdują grunt pod nogami w trudnej rzeczywistości. Strzały… to więc opowieść, w której przemijanie i ostatnia walka głównych bohaterów są zręcznie spuentowane dojrzewaniem młodszych drugoplanowych postaci, a brutalne doświadczenia jednym służą jako wehikuł dla rozliczenia ze swoim życiem, drugim zaś do zahartowania swoich osobowości. Wszystko to gładko spina się w klarownej gatunkowej formie, z trzymającą w napięciu kulminacją, pozbawioną też zbędnego sentymentalizmu czy banału.

Nie są też Strzały o zmierzchu filmem przesadnie szarżującym, przeładowanym efektownymi sekwencjami czy pokazowymi strzelaninami, przesłaniającymi dramaturgiczne sedno. Może Peckinpaha i montażystę Franka Santillo momentami nieco za bardzo ponosi z dynamizacją scen akcji (co tutaj wygląda jeszcze raczej jak nadpobudliwość niż ekstatyczny balet śmierci), ale twórcom udaje się zachować umiar i wierność formalnej przejrzystości. Tak jak wcielający się w centralną postać Joel McCrea, film Pekinpaha jest elegancki i konkretny, przekazuje widzom resztki dawnej charyzmy z lat świetności. Tak jak Steve Judd nie jest już przebojowym młodzieńcem, tak i Strzały o zmierzchu to niekoniecznie nowa siła czy powiew świeżości w westernowej formule. To raczej wyraz nostalgii za coraz bardziej ulatującymi latami chwały gatunku i jego herosów, stanowiący swego rodzaju preludium do wzmagających się w latach 60. nurtów problematyzujących czy rozliczających dziedzictwo Dzikiego Zachodu.

Ostatnio dodane