search
REKLAMA
Archiwum

STREFA X. Postapokaliptyczne science fiction za grosze

Maciek Poleszak

17 kwietnia 2020

REKLAMA

Tekst z archiwum Film.org.pl (18 lipca 2011)

Recenzję Strefy X zacznę nietypowo, bo od krytyki kampanii reklamowej przeprowadzonej przez rodzimego dystrybutora filmu w naszym pięknym kraju. “Krytyka” to oczywiście słowo dobrane bardzo dyplomatycznie, bo w słowniku łaciny podwórkowej z pewnością znalazłoby się z tuzin bardziej pasujących określeń, ale nie wnikajmy w kwestie semantyczne. Polska wersja plakatu posiada, oprócz tandetnie doklejonych w jakimś programie graficznym masek przeciwgazowych, jedno z najbardziej żenujących haseł reklamowych ostatnich lat (“film science fiction, który spodoba się dziewczynie i historia miłosna, którą chciałby zobaczyć facet”). Dodatkowo, lwią cześć powierzchni reklam, które można zobaczyć stojące w kinach, zajmuje jarząca się wściekłym pomarańczem reklama konkursu z wycieczką do Meksyku w ramach pierwszej nagrody. Czyżby dystrybutor założył agencję turystyczną w celu dorobienia sobie na boku? Spece postanowili też przemianować oryginalny tytuł, więc zamiast (istotnych dla wydźwięku filmu) Potworów do kin weszła Strefa X. Ponieważ literka “X” najwyraźniej wygląda tak obco i tajemniczo, że od razu kojarzy się z kinem SF…

Książek nie ocenia się po okładce, więc na obraz nie należy patrzeć przez pryzmat marketingowej porażki, w końcu film powinien bronić się sam. I pod kilkoma względami broni się całkiem skutecznie. W filmowej rzeczywistości ludzie natknęli się na życie na innej planecie. Niestety, transportująca pobrane próbki sonda kosmiczna ulega zniszczeniu podczas wchodzenia w atmosferę Ziemi i rozbija się gdzieś w Meksyku. Jak nietrudno się domyślić – w ten sposób nasza planeta zostaje “zarażona” obcą formą życia, a rządy państw Ameryki Północnej wydzielają rozciągającą się od Atlantyku do Pacyfiku strefę zamkniętą, odgradzając się od obcych form życia wysokimi murami. Historia przedstawiona w filmie zaczyna się sześć lat po tym wydarzeniu, kiedy do Meksyku (na prośbę przyjaciela) przyjeżdża fotograf, którego zadaniem jest dopilnowanie bezpiecznego powrotu córki swojego pracodawcy do USA.

Podobnie jak w Dystrykcie 9 mieszkańcy okolic muru przyzwyczaili się (na ile to możliwe) do obecności gości z innej planety. Ich problemem nie są jednak insektopodobne humanoidy, a mierzące po kilkadziesiąt metrów “ośmiornice”, których wyglądu twórcy nie ukrywają już od pierwszej sceny. Świat przedstawiony wykreowany jest prostymi środkami (jak na branżowe standardy, film kosztował grosze), ale jest się w stanie w niego uwierzyć. Tak jak w kinie SF jest zazwyczaj – kosmici to politycznie neutralny przeciwnik, a miejsce akcji to “uniwersalna” strefa konfliktu zbrojnego. Pierwszy akt filmu poświęcony jest więc ludziom – ludziom doskonale zdającym sobie sprawę z tego, że codziennie grozi im niebezpieczeństwo, ale przyzwyczaili się już do tego i postanawiają ryzykować, byle tylko nie porzucać swoich domów. Do pierwszego aktu w szczególny sposób odnosi się również oryginalny tytuł – Monsters – a twórcy stawiają stare jak świat pytanie: kto jest prawdziwym potworem? Okazuje się, że podczas walki z kosmitami ogromne straty ponosi ludność cywilna, która dla wojska jest tylko linijką tekstu w raporcie, w kolumnie “collateral damage”. To nic złego, że temat wydaje się mało odkrywczy, w końcu kino nie raz i nie dwa udowadniało, że sposób opowiedzenia historii może być bardziej istotny niż jej treść. Ta część filmu, która dzieje się w mieście jest moim zdaniem udana, a smaczki takie jak graffiti przedstawiające czołgi toczące bój z mackowatymi obcymi skutecznie budują klimat. Problemy zaczynają się później.

Względnie szybko okazuje się, że Strefa X to kino drogi. Bohaterowie muszą przedostać się przez zamkniętą strefę i dotrzeć do granicy Stanów Zjednoczonych oraz, zgodnie z prawidłami rządzącymi kinematografią, przejść przemianę lub zdać sobie sprawę z Czegoś Ważnego. Pod tym względem film zawodzi – główni bohaterowie są bowiem nudni i zupełnie przewidywalni. On – fotograf pragnący wykonać To Zdjęcie, które przyniesie mu sławę i pieniądze. Ona – zagubiona dziewczyna, która wkrótce ma wyjść za mąż, ale nie jest pewna swojego uczucia. Już od pierwszych scen wiadomo, że On będzie miał okazję uwiecznić niezwykłą chwilę, a Ona rozmyśli się i obdarzy uczuciem nowego współtowarzysza. Nie ma tu żadnej niespodzianki, nie ma emocji, wszystko jest jasne od początku. Niekiedy denerwować może również zachowanie bohaterów, którzy wydają się nie posiadać świadomości sytuacji, w której się znaleźli, działając zwyczajnie głupio. Idealnym przykładem jest szczere zdziwienie głównego bohatera na widok mających go eskortować najemników. Zdziwienie wynika z faktu, że najemnicy są… uzbrojeni, co jest jak najbardziej logiczne, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa czyhające na każdym kroku w zajętym przez obcych tropikalnym lesie. Nie przeszkadza to jednak bohaterowi zadać rozbrajającego pytania: “po co im broń?”

Droga, którą przebywają bohaterowie w sensie fizycznym również jest mało ciekawa. Oglądanie rdzewiejących wraków statków i walących się, opuszczonych budynków nie raziłoby tak bardzo, gdyby nie było przedstawione tak schematycznie: wrak, budynki -> scena rozmowy bohaterów o niczym -> znowu wrak -> kolejna scena rozmowy o niczym (lub o tym, czy wykonywanie zawodu korespondenta wojennego jest moralne) -> jeszcze jeden wrak, następny budynek. W pewnym momencie można dojść do wniosku, że wszystko widzieliśmy już na samym początku podróży, a dalej jest już tylko jeszcze więcej tego samego, bo montażysta chciał w ten sposób dodać kilka minut do zbyt krótkiego filmu.

Wychodzi więc na to, że ciekawe pomysły skończyły się twórcom gdzieś około jednej trzeciej filmu. Równowagą dla nijakich bohaterów było na początku ciekawe tło, które po zamianie z przygranicznego miasta na głęboką dżunglę zupełnie straciło na znaczeniu. I na nic zdała się (w założeniu – mająca grać na emocjach) scena odnalezienia zwłok dziecka, skoro w drugiej połowie filmu najbardziej w oczy rzuca się zamiłowanie reżysera do filmów Stevena Spielberga, bo kopiuje po jednej scenie z Parku Jurajskiego i Wojny światów.

Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks.

REKLAMA