Recenzje

SŁOŃCE JEST TEŻ GWIAZDĄ. Jest? No co ty nie powiesz…

Nie czytałem książki Yoon i raczej nie przeczytam, bo jeśli tytuł oddaje zawarte w niej oczywistości (słońce jest też gwiazdą, no shit, Sherlock!) z taką samą subtelnością jak film, to musi być niezła lekturowa przeprawa.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Cukiereczek piątkowy w kinie oparty na rozmemłanym koncepcie, który ponoć nieźle sprawdzał się w książce, ale na ekranie przywołuje choćby Przed północą – takie jest pierwsze wrażenie po obejrzeniu filmu romantycznego spod łapki reżyserki Ry-Russo Young. Znamy to i niestety powróci jeszcze wielokrotnie, ale trochę smutno się robi na kinomańskiej duszy, gdy gatunek nie oferuje niczego nowego. Bardzo prosty pomysł na ograniczenia czasowe kochanków oraz „oddzielenie” ich światów pozwalają uformować kinowego przyjemniaczka, ale czy to wystarczy, aby nie zapomnieć o tej produkcji dzień po seansie?

Gwiezdni kochankowie. Są różni, rzecz jasna, bo to opowieść miłosna, a przeszkoda jest tu sprzymierzeńcem fabuły. Ona jest córką nielegalnych imigrantów z Jamajki i pozostał jej ostatni dzień w Nowym Jorku, a on, choć siedzi w tym mieście od dawna, nigdy nie odnalazł kogoś, kto rozpaliłby jego serce. Różnic jest więcej – Natasha jest racjonalistką, typowym geekiem naukowym, który nie wierzy w nic, czego nie da się rozłożyć matematyką. Gdy patrzy w gwiazdy, widzi fizykę i pierwiastki. Daniel jest natomiast romantykiem. Spędzają razem dzień, a my z nimi. Miły to dzionek, ale pod koniec nieco nudnawy i mdlący. Między jednymi podchodami chłopaka a drugimi, poszukiwaniami znaków i metafizycznych drogowskazów, które niby to złączyły losy tej dwójki, jest zbyt dużo waty, aby się w to wszystko zaangażować. Wata cukrowa popita kakao.

W zimnym, przypadkowym kosmosie, w którym niewiele miejsca na celowość, film desperacko szuka znaków, które dla inteligentnego widza są zbyt wygodnickie. Scenariusz oparto na powieści young adult Nicoli Yoon, a najciekawszym ponoć jej elementem jest bardzo żywa i zakochana panorama Nowego Jorku, co, trzeba przyznać, nieźle sprawdza się również na ekranie. Wcielająca się w główną bohaterkę Yara Shahidi oraz partnerujący jej (znany mi wyłącznie z Riverdale) Charles Melton obdarzają swoje role naturalnym wdziękiem, a chemia między nimi w innym filmie mogłaby należycie rozbrzmieć, prowadząc do czegoś większego. A tak pozostawiają wrażenie udziału w projekcie, któremu nie do końca dają się porwać – szczególnie w przypadku dziewczyny czuć, że te pseudonaukowe deklaracje to nie jest prawdziwa ona. W tle plumka sobie muzyka rockowa, która jeszcze daje radę, bo zagłusza manipulujący emocjami oryginalny soundtrack, ale na kawusię do swojego Spotify już jej nie zaprosicie.

Trudno jakoś uwierzyć w aspergerową piękność o maślanych oczach, w których widz miałby się momentalnie zakochać, będącą zimnym i nigdy niezakochanym dotychczas kujonem. Kino rządzi się takimi prawami, że jeśli pokazuje nam się takie postaci w konwencji romantycznej, muszą to być piękności nad pięknościami, bo przecież z brzydkimi ludźmi nikt nie będzie się utożsamiał.

Na dokładnie to samo cierpi obecność Daniela – nie wierzymy w jego wrażliwość, a chemia między bohaterami działa na zasadach, które nie wynikają z tekstu. Można odnieść wrażenie, że najwięcej złego temu filmowi robi baza, czyli jego scenariusz. Nie czytałem książki Yoon i raczej nie przeczytam, bo jeśli tytuł oddaje zawarte w niej oczywistości (słońce jest też gwiazdą, no shit, Sherlock!) z taką samą subtelnością jak film, to musi być niezła lekturowa przeprawa.

Ostatnio dodane