search
REKLAMA
Archiwum

ŚLEDZĄC. Pierwszy pełnometrażowy film Christophera Nolana

Klara Kukowska

26 września 2019

REKLAMA

Petter, narrator “Córki dyrektora cyrku” Josteina Gaardera, od małego uwielbiał obserwować ludzi. Patrzeć jak intensywnie żyją, jak obracają się w walcu. Jak nabierają się wzajemnie, igrają ze sobą. Bawią – świadomie lub nie. Jak czerpią radość ze swojej urojonej władzy, pysznią się swoją pomysłowością, cały czas pewni, że trzymają rękę na pulsie. Samotni frajerzy. Tacy jak Bill, bohater Following.

Bill śledzi ludzi, nie wiedząc, że sam jest śledzony. Że sam zamyka się w śmiertelnej pułapce. Przepycha w stronę czekającej na niego gilotyny. Wybiera jedną twarz z tłumu – tak jak my wybieramy kogoś, zbyt długo stojąc w autobusie lub nudząc się na niedzielnym kazaniu. Kogoś, na kim można skupić wzrok. Na babci w moherowym berecie albo bawiącym się pod ołtarzem brzdącu. Ale Bill nie poprzestaje na ocenie płaszcza, torebki, fryzjera. Rozpoczyna śledztwo. Zupełnie niewinnie – ot, przejście na drugą stronę ulicy, odprowadzenie tego kogoś do drzwi – z postanowieniem, że już nigdy za nim nie podąży. Jedna z zasad brzmi: nie będziesz śledził nikogo dwukrotnie. I jest to pierwsza zasada, którą Bill łamie. I tak spotyka Cobba.

Cobb też śledzi ludzi. Tyle, że w przeciwieństwie do Billa, jest profesjonalistą. Bill swoim zajęciem wypełnia podobne do siebie kropka w kropkę dni jałowej egzystencji bezrobotnego dwudziestoparolatka, który chciałby zostać pisarzem (ale nie ma nawet elektronicznej maszyny do pisania), lecz stać go tylko na włóczenie się bez celu po ulicach. Cobba samo przemierzanie dzielnic Londynu nie interesuje. Cobb jest włamywaczem. Włamuje się do mieszkań, przegląda damską bieliznę, pocztówki od znajomych, książki, gazety. Popija wino kupione przez obcych ludzi. Dla niego bycie złodziejem to swoista filozofia: zabieranie z mieszkań płyt, świeczników i listów sprowadza się jedynie do pewnego dopełnienia samego aktu włamania. Najważniejsze jest wnikanie w rzeczywistość okradanego. Odkrywanie jego nałogów, przyzwyczajeń, zainteresowań. Spacer po mieszkaniu. Trochę jak przeglądanie szufladek umysłu kogoś, kogo w najlepszym razie widziało się raz lub dwa razy. Twarzy znieruchomiałej na zakurzonej fotografii. Cobba interesują ludzie. Interesuje go też Bill. Bill – naiwny, ufający pozorom, wiecznie znudzony, samotny. Taki dzieciak, którym łatwo pokierować.

Analizując pierwsze trzy pełnometrażowe filmy Christophera Nolana nie sposób nie dostrzec, że i reżyserowi Following, Memento i Bezsenności manipulacja i drążenie w ludzkiej psychice nie są zupełnie obce. Oto każdy z jego bohaterów – Bill, Leonard Shelby i Will Dormer – popychany jest ku działaniu przez własne obsesje i ludzi, którzy te obsesje potrafią zręcznie wykorzystać. Bill jest samotny, szuka zajęcia – i bez problemu połyka haczyk podsunięty mu jak na dłoni przez Cobba. W jakimś sensie staje się jego uczniem, lub przynajmniej za takowego się uważa. Działa jednak bez zastanowienia, ani na chwilę nie namyślając się nad tym, czy nie jest przypadkiem marionetką w rękach wyrachowanego, cynicznego włamywacza. Tak jak Leonard Shelby będzie ufać notatkom na odwrocie polaroidowych fotografii, a William Dormer swojemu policyjnemu doświadczeniu, tak Bill zdaje się na Cobba, zbyt późno odkrywając, iż stał się jego zabawką. Cobba znającego jego lęki, namiętności i marzenia. Cobb wie, kiedy co powiedzieć. Wie, kiedy zaatakować. Wie kiedy użyć odpowiedniego komentarza. Bill skwapliwie spełnia jego życzenia – zmienia image, ścina włosy, kupuje garnitur, a nawet nową wycieraczkę. Uważnie chłonie słowa “mistrza”, nie zwracając jednak uwagi na to, co kryje się między nimi. Jest jak Leonard, uparcie powtarzający, że jego system jest niezawodny (podczas gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jest wprost przeciwnie!), i Dormer, mruczący: “dorwę tego sukinsyna!”. Ale czego spodziewać się po człowieku, który wiedzie życie tak suche, beznamiętne i monotonne? “Smutny pierdoła bez życia towarzyskiego”, mówi Cobb podczas włamania do mieszkania Billa. Powiedziałby to nawet wtedy, gdyby ten “pierdoła” nie stał właśnie przed nim, w swojej zniszczonej skórzanej kurtce i z przetłuszczonymi piórami, ze spojrzeniem wylęknionego kurczaka.

REKLAMA