Recenzje

SKYLINE. Nie ufajcie trailerom

Ten film ma trzy małe plusy (za które daję dodatkowy punkt w ocenie końcowej) i choć zostają one zmiażdżone zmasowanym atakiem minusów, warto o nich pamiętać.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że zwiastuny często pokazują najlepsze sceny, a nieraz bywają lepsze od gotowego filmu – patrz przypadek Nostalgii anioła i Transformers: Zemsta Upadłych. O ile jednak filmy Jacksona i Baya po prostu nie zaspokoiły oczekiwań, tak w przypadku Skyline mamy już do czynienia z jawnym oszustwem i rozbojem w biały dzień. Pierwszy trailer nowego filmu braci Strause nie zdradzał zbyt wiele, ot, zobaczyliśmy niebieskie światełka spadające na jakąś metropolię, kilka statków kosmicznych wiszących nad miastem oraz ludzi wciąganych przez kosmiczny odkurzacz. Efekty wizualne w tym i kolejnym zwiastunie zapierały dech w piersiach, a klimat rasowego science fiction można było jeść łyżkami. Cytując klasyka: “To co się stało, że się zesrało?”

Bracia Strause to specjaliści od efektów specjalnych, którzy pracowali przy takich megahitach jak Terminator 3, X-Men: The Last Stand, 300, Incredible Hulk, 2012, Avatar, Social Network, Iron Man 2, a potem dłubali przy Battle: Los Angeles. Nie wypadli sroce spod ogona, bo dogłębnie poznali gatunek, w ramach którego zaczęli robić własne filmy. Jak wiadomo, ich kinowy debiut w postaci drugiej części AvP okazał się, co wydawało się niemożliwe, jeszcze gorszy od pierwszej części AvP i dziś na IMDb wisi przy nim ocena 4,8/10. Braciom, podpisującym się pseudonimem The Brothers Strause, ubzdurało się chyba, że są drugimi Wachowski Brothers (obecnie Sister & Sister) i niezrażeni klapą Requiem nakręcili kolejny “wizjonerski” obraz fantastyczno-naukowy. Nikt nie liczył na to, że ta produkcja będzie lepsza od zmagań Obcego z Predatorami w egipskich ciemnościach. I nikt się nie przeliczył; ocena Skyline w IMDb na dzień 8.02.2011 to 4,5/10.

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas seansu, to brak ciekawych bohaterów. The Strause Brothers, biorąc przykład z genialnego Cloverfield, główne role powierzyli mało znanym aktorom. Ci z kolei zagrali postaci przypadkowych, zwyczajnych ludzi, którym mieliśmy towarzyszyć podczas niezwyczajnych wydarzeń, w wir których zostali niespodziewanie wrzuceni. Nie sposób jednak poczuć choćby nici sympatii do bohaterów tak zwyczajnych, że aż nijakich, w dodatku rzucających z ekranu takie teksty, że zapewniają regularny facepalm. Kolejny film, z którego co nieco zapożyczyli Strausowie to Dystrykt 9 – reżyserzy pomyśleli, że jak zawieszą nad miastem nie jeden, a kilka statków kosmicznych, to będzie jeszcze bardziej niesamowicie, niż w arcydziele SF Blomkampa. I poniekąd mieli racje, bo jest tak… ale tylko w trailerze. W filmie, ze wszystkich ujęć, na których widać statki kosmiczne, jakby uszło powietrze. Jeszcze gorzej jest w scenach akcji z udziałem obcych i wojska. W zamierzeniu widowiskowa napierdalanka Ziemian z kosmitami, wygląda jak pozbawiona dramaturgii, tandetna animacja w grze komputerowej, stanowiąca przerywnik między planszami. Szkoda tylko, że w przypadku filmu nie możemy kliknąć “dalej” w celu przeskoczenia słabej sceny. Potężne kosmiczne stwory, które dawały szansę na zrealizowanie epickich scen, poruszają się i wyglądają jak wyciągnięte za łeb z produkcji Hallmarku. Zresztą cały film wygląda jak B-klasowiec zrobiony dla telewizji lub direct-to-DVD. Tylko czekałem, aż na ekranie pojawią się Michael Dudikoff i Steven Seagal, którzy zwąchawszy tandetę spytają, czy mogą sobie pograć. Nie ma ciekawych postaci, brakuje dramaturgii, nie stwierdzono zapierających dech w piersiach sekwencji. Jest tylko niespełniona obietnica spektakularnego filmu science fiction. I jest jedno z najgłupszych zakończeń jakie w życiu widziałem. Konsternacji, jaką wywołuje ostatnia scena nie da się opisać słowami – to trzeba zobaczyć na własne oczy, polecam! Odpowiedź na postawione powyżej pytanie “to co się stało…”, okazuje się nader prosta. Niski poziom scen akcji zakamuflowano w trailerze szybkimi cięciami, tak, żeby urywki nie zdekonspirowały faktycznej widowiskowości Skyline. I choć to oszustwo nad oszustwami, przyznać muszę, że przygotowane zostało perfekcyjnie.

Z pomysłu inwazji świecących na niebiesko kosmitów dawało się naprawdę sporo wycisnąć. W rękach kogoś, kto używa tego, co nosi metr powyżej dupy, scenariusz Skyline miał szansę przekształcić się w naprawdę dobry film. Fabuła nie odbiega przecież zbytnio od np. fenomenalnego Cloverfielda. A skoro widzowie kupili wielką pokrakę depczącą Nowy Jork, dlaczego nie mieliby kupić świecących ufoków z kosmicznym odkurzaczem? Cóż, w tym przypadku zabrakło reżyserskiego warsztatu, talentu i doświadczenia. “Dzieło” braci Strause wygląda jak jakiś workprint z niedopracowanymi w lwiej części efektami, skradziony ze stołu montażowego przed premierą. Najbardziej zaskakuje to, że specjaliści od F/X, którzy w taki czy inny sposób pomagali przy efektach do naprawdę porywających filmów SF, we własnym spieprzyli w dużej mierze ten właśnie element.

O dziwo, Skyline zapisze się w mojej pamięci nie tylko negatywnie. Ten film ma trzy małe plusy (za które daję dodatkowy punkt w ocenie końcowej) i choć zostają one zmiażdżone zmasowanym atakiem minusów, warto o nich pamiętać. Przede wszystkim to nieudolne filmidło ma naprawdę dobry trailer. Powiadam wam – uważajcie na telewizyjną reklamę Skyline i nie dajcie się jej wmanewrować. Nawet po seansie, gdy już wiem, z jaką katastrofą miałem do czynienia, byłbym skłonny jeszcze raz uwierzyć, że ten film jest, kolokwialnie mówiąc, zajebisty. Drugi plus to masowe “wsysanie” ludzi. Powinien jakiś Blomkamp czy Spielberg wziąć tę genialną scenę i nakręcić do niej nowy film! Plusem trzecim jest świetny plakat kinowy przedstawiający właśnie ową scenę. Spodobał mi się poster na tyle, że poszedłem do obsługi kina i poprosiłem o jeden egzemplarz. Dziś wisi on u mnie na ścianie przypominając, żeby nigdy więcej nie wierzyć ślepo kampanii reklamowej.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane