search
REKLAMA
Archiwum

SIMONE (2002)

Adrian Szczypiński

16 stycznia 2018

REKLAMA

– To ja stworzyłem Simone.
– Nie, to ona stworzyła ciebie.

Kiedyś za prawdę przyjmowano to, co można było zobaczyć na własne oczy. Później sfilmowany przez braci Lumiere pociąg wjeżdżający na stację spowodował ucieczkę widzów z pierwszej projekcji kinowej. Ten zabawny epizod rozłożył pomost pomiędzy życiem a iluzją. W Polsce Ludowej krążyło powiedzonko, że jedyną prawdziwą informacją w “Trybunie Ludu” była data. Media stały się potężnym środkiem, kształtującym świadomość odbiorców. W grotesce politycznej Fakty i akty bohater grany przez Roberta De Niro z rozbrajającą swym cynizmem szczerością wyjaśnił mechanizm informacji telewizyjnej, którą można dowolnie manipulować. Obecnie na proste pytanie “- Skąd o tym wiesz?”, pada jeszcze prostsza odpowiedź “- Widziałem w telewizji”. Technologia przekazu elektronicznego jeszcze nigdy nie miała tak blisko do zagadnień nurtujących socjologów. Środek informacji sam stał się informacją, kupowaną w ciemno przez wiecznie śpieszących się odbiorców.

Dysponujące mocą stwarzania całych światów kino znajduje się obecnie na najlepszej drodze do wyprodukowania iluzji doskonałej. George Lucas, Peter Jackson, Ridley Scott, James Cameron i wielu innych mistrzów dzięki cyfrowej technologii są w stanie zabrać widza do krain, których nie sposób odwiedzić w inny sposób. Komputery pokonały już nawet barierę wygenerowania sztucznego bohatera, choć do pełnej doskonałości cyfrowo animowanych ludzi wciąż brakuje przysłowiowej bożej iskry, tchniętej w martwe piksele. A co by było, gdyby ta bariera została przekroczona?

Reżyser Viktor Taransky nie miał ambicji uwodzenia widzów wizjami nowych nieistniejących światów. On chciał tylko robić dobre, ambitne kino współczesne. Lecz w amerykańskim systemie, kontrolowanym przez wielkie wytwórnie, nie ma miejsca na artystyczne fanaberie reżyserów. Te przynależą aktorom, a raczej gwiazdom, dostającym grube miliony za rolę. Reżyser może być zredukowany do roli posługacza dla gwiazdy, co właśnie stało się udziałem biednego Viktora. Zdruzgotany odejściem zmanierowanej gwiazdeczki, opuszczony przez wszystkich, z nieukończonym filmem, Taransky zostaje bez pracy. Pewnego dnia odwiedza go umierający szalony naukowiec Hank Aleno, wręczając twardy dysk z programem komputerowym Simulation One, napisanym w celu stworzenia wirtualnej aktorki.

Taransky kończy film, wstawiając w nakręcone sceny Simone, cyfrowy twór Simulation One. Nagle cały świat oszalał. Nieznana wcześniej, eteryczna i zjawiskowa Simone staje się sensacją, której sława wykracza poza świat filmu. Każdy chce ją zobaczyć, poznać, dotknąć, porozmawiać. Simone trafia na okładki najlepszych kolorowych pism, wydaje płytę, udziela wywiadów i równocześnie zaciekle strzeże swej prywatności, ku niezadowoleniu fanów. Ale nikt nie wie, że Simone w ogóle nie ma, że jest tylko zbiorem jedynek i zer, całkowicie kontrolowanym przez świetnie bawiącego się mocą demiurga Viktora. Lecz ta radosna manipulacja wkrótce odbija się również na reżyserze…

“Simone” (lub jak kto woli “S1m0ne”) to spełnienie reżyserskiego snu. Iluż to twórców musiało naginać swoje wizje do producenckich wymagań i gwiazdorskich widzimisię. Jeżeli aktor się nie nadaje, to można go wyrzucić, tak? Nie! Na to mogą sobie pozwolić tylko nieliczni (jak Kubrick, który z Oczu szeroko zamkniętych usunął wszystkie sceny z Harveyem Keitelem i nakręcił je od nowa z Sydneyem Pollackiem). Taka carte blanche jest rzadkością. David Lynch, pomimo oscarowych nominacji za Człowieka słonia, musiał pracować pod producenckie dyktando na planie Diuny, a Paul Schrader został zwolniony w trakcie produkcji prequela Egzorcysty i zastąpiony Rennym Harlinem. Ot, hollywoodzki chleb powszedni. Simone to tęsknota twórcy za sytuacją, w której będzie on niepodzielnym władcą planu filmowego i reklamowej otoczki wokół. Bez szefów produkcji przykręcających kurek z dolarami, bez poprawek scenariusza, dokonywanych na boku przez wynajętych “script-doctorów”, bez odbierania prawa do ostatecznego montażu i przede wszystkim bez kapryśnych gwiazd, pomiatających twórcami w imię błędnie pojętego luksusu.

Avatar

Adrian Szczypiński

REKLAMA