Zestawienie

SIEDMIU (NIE ZAWSZE) WSPANIAŁYCH. Filmowe porażki uznanych reżyserów

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Ostatnio miałem okazję napisać tekst o najgorszych reżyserach w przemyśle filmowym, co podsunęło mi pomysł na poniższe zestawienie. Błądzić jest rzeczą ludzką, a wtopy zdarzają się nawet najlepszym twórcom i artystom. Czasem okazuje się, że rzeczywistość mocno rozmija się z wyobrażeniami, bywa także, że na drodze do sukcesu staje niski budżet, problemy techniczne i pomylone interwencje studia. Zdarza się też, że nawet najlepszy umysł uwierzy w fatalny pomysł niemający szans wypalić. Ten tekst dotyczy właśnie takich sromotnych klęsk, które zdarzyły się jednym z najbardziej uznanych i wpływowych reżyserów naszych czasów. W żadnym razie nie ujmuje to mojej sympatii do nich i ich pozostałych dzieł – po prostu ciekawie jest czasem zastanowić się nad tym, jak ktoś wybitnie utalentowany mógł tak zbłądzić. W takich wpadkach jednak nie ma wstydu – porażka jest najlepszym nauczycielem i pozostaje mieć nadzieję, że ci twórcy wyciągnęli wnioski ze swoich błędów.

John CarpenterDuchy Marsa

Dla fanów Johna Carpentera to powinien być szczególnie nieprzyjemny tytuł – to przez katastrofalną porażkę Duchów Marsa (miażdżące recenzje i ogromna klapa finansowa) reżyser pożegnał się z Hollywood na długie lata, mając dość zmagań z krytykami i upokarzająco niskimi wyników box office’u. I o ile takie produkcje jak Coś czy Wielka draka w chińskiej dzielnicy wyprzedzały swoje czasy i zostały docenione dopiero z biegiem lat, tak Duchów Marsa naprawdę nie można obronić. Tandetna scenografia, tanie efekty specjalne, denny scenariusz i dorównujące mu poziomem aktorstwo pogrążyły ten film do tego stopnia, że nie sposób go nawet uznać za „tak zły, że aż dobry”. Efekt końcowy nie podobał się nawet występującemu w głównej roli Ice Cube’owi, który z jakiegoś powodu dostał więcej do roboty niż znacznie bardziej uzdolniony Jason Statham. Ten paszkwil (film, nie raper) przyciągnie tylko największych miłośników przestarzałego kiczu.

Clint Eastwood15:17 do Paryża

Można nie przepadać za stylem Eastwooda i nadmiarem patosu w jego filmach, ale należy podziwiać jego pracowitość. Pomimo 88 lat (!) nie przestaje on pracować nad nowymi projektami, a ponadto wraca do aktorstwa w swojej następnej produkcji. Nie każdy obraz w jego reżyserii to wielkie kino, ale nigdy nie schodzi on poniżej określonego poziomu. To jest, do czasu 15:17 do Paryża. Intencje stojące za tym filmem jak najbardziej zasługują na pochwałę – miał to być hołd dla dzielnych pasażerów pociągu, którzy powstrzymali uzbrojonego napastnika podczas zamachu terrorystycznego we Francji w 2015 roku. Niestety nadmiar ekspozycji dotyczącej przeszłości bohaterów kompletnie zrujnował tempo akcji, którą trudno określić inaczej niż ślamazarna i nieporywająca. Najgorszą decyzją okazało się jednak zaangażowanie prawdziwych pasażerów pociągu do wcielenia się w filmowe postaci – wydawałoby się, że zagranie samego siebie nie powinno być problemem, ale w rzeczywistości to właśnie udział aktorów amatorów uznano za największy problem tej produkcji.

Ridley ScottAdwokat


Ridley Scott dał nam arcydzieła takie jak Obcy – ósmy pasażer Nostromo Łowca androidów, a jego wpływ na kino trudno przecenić. To niezwykle ambitny reżyser, który podobnie jak Clint Eastwood cały czas jest czymś zajęty. Niestety, wśród jego licznych projektów jest trochę niewypałów, szczególnie w ostatnich latach. Nie uważam jednak, by do jego największych wtop zaliczały się Robin Hood czy Exodus. Bogowie i królowie – oba te filmy są miałkie i niezapadające w pamięć, ale trudno je uznać za fatalne. Prometeusza Obcego: Przymierze pomimo poważnych wad uznaję (wśród krytyków panuje podobny konsensus) za udane, a Dobry rok z Russellem Crowe’em to przeciętna, ale nieszkodliwa komedyjka, o której nie warto pisać. Dużo bardziej spektakularną porażką okazał się Adwokat sprzed kilku lat. Scenariusz autorstwa Cormaca McCarthy’ego, wybitna obsada, zdjęcia Dariusza Wolskiego i Scott na stołku reżyserskim – wszyscy spodziewaliśmy się mocnego thrillera, który zapamiętamy na lata. I poniekąd właśnie to dostaliśmy: niezwykle brutalne sceny przemocy zdecydowanie zasługują na miano „mocnych”, a o tak potężnym rozczarowaniu zapomnieć niełatwo. Świetni aktorzy przeobrażający się w karykatury samych siebie, namolny filozoficzny bełkot, rozdźwięk między scenariuszem a wizją reżysera – talent McCarthy’ego nie do końca przełożył się na jakość scenariusza, który z kolei został potraktowany zbyt serio przez Scotta. Wielka szkoda.

Ostatnio dodane