W stronę zachodzącego słońca

SHENANDOAH. 55 lat od premiery

Western McLaglena świetnie sprawdza się jako portret jednego z najważniejszych epizodów w historii Stanów Zjednoczonych. Portret mający, co trzeba od razu zaznaczyć, wyraźny wydźwięk antywojenny.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

W połowie lat 60. James Stewart najlepsze role miał już za sobą. Angaże w thrillerach Hitchcocka, westernach psychologicznych Manna, „uzdrowicielskich” (określenie ukute przez François Truffauta) filmach Capry – to wszystko należało wówczas do przeszłości. Ponad 50-letni aktor znalazł się na zakręcie kariery, nie mogąc dalej wcielać się w zwinnych rewolwerowców czy szlachetnych everymanów. Amerykanin musiał odnaleźć nowy typ bohatera, z którym identyfikowałaby go widownia.

Z pomocą przyszedł Stewartowi Andrew McLaglen i western Shenandoah, w którym aktor mógł pokazać się z zupełnie nowej strony. Obsadzony został w roli Charliego Andersona – nestora rodu, ojca sześciu synów i jednej córki. Człowieka surowego i troskliwego zarazem. Największym zmartwieniem mężczyzny okazuje się wojna secesyjna, w której nie zamierza on brać udziału. „Poważnie traktuję kukurydzę, bo jest moja – tak samo jak ziemniaki i pomidory. Ta wojna nie jest moja, dlatego jej nie zauważam” – deklaruje w pewnym momencie wyraźnie poirytowany Anderson. Bohater odprawia z kwitkiem kolejno konfederackich rekrutów oraz unijnych agentów zajmujących się skupowaniem koni. Nastawienie Charliego zmienia się jednak o sto osiemdziesiąt stopni, gdy do niewoli dostaje się jego ukochany, najmłodszy syn – uznany przez żołnierzy Unii za konfederata. Zdruzgotany mężczyzna wyrusza na wyprawę, której celem jest odnalezienie i uratowanie zaginionego potomka.

Shenandoah udowadnia, że ludzie ze skłonnościami do czynienia zła znajdowali się również po właściwej (z historycznego punktu widzenia) stronie barykady.

Podczas misji ratunkowej Anderson wraz ze swoimi czterema synami (jeden zostaje na farmie wraz z żoną) i córką przemierza tereny objęte wojenną zawieruchą. Twórcy wykorzystują tę wyprawę, aby pokazać na ekranie szerokie spektrum różnych zachowań żołnierzy, których charakter nie jest zależny ani od koloru munduru, ani od stopnia. W ten sposób Anderson spotyka na swojej drodze zarówno sympatycznego generała, który wystawia mu polecający list, jak i bezdusznego kapitana, który pakuje więźniów do ciasnych, bydlęcych wagonów – do złudzenia przypominających te z czasów drugiej wojny światowej. Shenandoah udowadnia, że ludzie ze skłonnościami do czynienia zła znajdowali się również po właściwej (z historycznego punktu widzenia) stronie barykady.

Western McLaglena świetnie sprawdza się więc jako portret jednego z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Portret mający, co trzeba od razu zaznaczyć, wyraźny wydźwięk antywojenny. Bardzo mocno wybrzmiewa w Shenandoah problem kilkunastoletnich rekrutów, którzy werbowani byli do konfederackich oddziałów ze względu na przerażające braki kadrowe. Większość z nich nie wiedziała, na co tak naprawdę się pisze. Niezwykle wymowna jest pod względem antywojennego wydźwięku jedna z ostatnich scen, w której Anderson, pochylając się nad grobem zmarłej przed laty żony, wygłasza refleksyjny monolog: „Na temat tej wojny mam niewiele do powiedzenia. Nie różni się od pozostałych. Wygranymi są jak zawsze przedsiębiorcy pogrzebowi. Politycy mówią wiele o wojennej chwale, ludzie starzy o potrzebie walki, a żołnierze chcą po prostu wrócić do domu”.

Największym beneficjentem Shenandoah jest z pewnością Jimmy Stewart. Aktor znakomicie poradził sobie z nowym typem roli, udanie łącząc w postaci Charliego Andersona szlachetność Toma Destry’ego (Destry znowu w siodle) i Randsoma Stoddarda (Człowiek, który zabił Liberty Valance’a) z dziką, zwierzęcą zaciekłością Howarda Kempa (Naga ostroga) i Glyna McLyntocka (Zakole rzeki). Rodem z najlepszych westernów Anthony’ego Manna jest zwłaszcza scena, w której Anderson, porażony nagłą utratą jednego z synów, próbuje udusić jego przypadkowego zabójcę. Opamiętuje się w ostatniej chwili, daruje życie przestraszonemu chłopakowi, deklamując przez zaciśnięte zęby: „Nie zabiję cię. Chcę, żebyś żył, żebyś się zestarzał i miał wiele, wiele dzieci, i żebyś je kochał tak, jak ja kocham swoje. Kiedy któregoś dnia ktoś zabije jedno z nich, chcę, żebyś pamiętał… żebyś pamiętał”. Rolę Stewarta chwalił sobie zwłaszcza reżyser Shenandoah. Po latach Andrew McLaglen przyznał w jednym z wywiadów: „Do śmierci nie zrozumiem, dlaczego Jimmy nie dostał za to, co zrobił w Shenandoah, chociaż nominacji do Oscara. Wachlarz jego aktorskich umiejętności nigdy nie był tak szeroki, jego poświęcenie nigdy nie było tak poruszające”.1

Shenandoah okazało się, dość niespodziewanie, sporym sukcesem finansowym. Western McLaglena zarobił na całym świecie ponad 17 milionów dolarów, stając się tym samym najbardziej dochodowym filmem, jaki w 1965 roku wyprodukowało Universal Pictures. Największe triumfy Shenandoah święciła, jak nietrudno się domyślić, w rodzimych Stanach Zjednoczonych – wszelkie rekordy frekwencyjne pobiła w Wirginii, stanowiącej tło fabularnych wydarzeń. James Stewart, zbliżając się powoli do końca aktorskiej kariery, raz jeszcze przyciągnął do kin miliony Amerykanów. 

1D. Dewey, James Stewart. A Biography, tłum. własne, Londyn 1998, str. 436.

Ostatnio dodane