Recenzje

SADYSTA. Nieudolna kalka PIŁY

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Zacznijmy od prostego stwierdzenia: tak, to jest nieudolna kalka Piły i żadna, choćby najbardziej elokwentna argumentacja tego nie zmieni. W zasadzie Sadystę można nazwać Piłą w wersji soft. Przede wszystkim dlatego, że nie ma tu brutalnych scen tortur (no, może oprócz jednego fragmentu), ani masy dobitnie pokazanych szczegółów anatomicznych. Jednakże, do takiego porównania z Piłą przyczynia się jeszcze jeden aspekt – otóż Sadysta, jak polski tytuł stara się na to naprowadzać, podejmuje się psychologii, a mianowicie ukazania wyniszczania ludzkiej psychiki, które to jest celem tytułowej postaci. Szkoda tylko, że tym psychologicznym niuansom bliżej do zabiegów niedoświadczonej przedszkolanki, niż do Freuda.

Coś o fabule – głównym, choć przez większość czasu niewidocznym bad-guyem jest jakiś facet, który postanowił, że będzie porywał, więził i gnębił piękne modelki, by później, po kilku dniach mentalnych tortur, pozbyć się ich i poprowadzić kolejną „zabawę”. W tym celu układa cały plan: to już nie jest tylko uwięzienie w małym pomieszczeniu i zabawa jaskrawymi światłami czy pulsującym dźwiękiem, tylko zabranie danej osobie całego życia. Nasz sadysta wie o swoich ofiarach wszystko: ma ponagrywane ich wszelkie wywiady i występy, zna ulubione kolory i potrawy, wreszcie przywłaszcza sobie całą garderobę oraz większość ciekawszych przedmiotów z ich domów. Cały ten zachód, by przez kilka dni uskuteczniać wyrafinowane tortury, podczas których przygląda się ofiarom poprzez dziesiątki zakamuflowanych kamer. Problem w tym, że tortury te nie są wcale takie wyrafinowane (a wręcz schematycznie prostackie), fabuła filmu nieznośnie pretekstowa, a sama postać sadysty wraz ze związanym z nią twistem mdła, przewidywalna i generalnie rzecz ujmując do bani. Jigsaw z Piły to przy nim Wielki Inkwizytor nawracający niewiernych na prawdziwą prawdę, a w porównaniu samych produkcji film Rolanda Joffe (i ten facet popełnił kiedyś Misję…) wypada zatrważająco blado.

Podstawowym błędem było obsadzenie w głównej roli Elishy Cuthbert. Nic do niej nie mam – szanuję ją za urodę i wdzięk, lecz powierzenie na jej barkach ciężaru całego filmu, zbudowanie fabuły wokół jej interpretacji samotności, niepewności, frustracji i strachu było niewyobrażalną głupotą. Wszystkie jej braki warsztatowe zostały niemiłosiernie obnażone, wręcz uwypuklone poprzez nieudolne zgrywanie się na wielką przemianę, jaka dokonuje się w głównej bohaterce. Elisha jako aktorka zdecydowanie sprawdza się w kom-romach takich jak Dziewczyna z sąsiedztwa, a i nawet w głupich slasherach jak Dom woskowych ciał, do których wystarczą dobra prezencja oraz umiejętności biegania i krzyczenia. Nie powinna się jednak brać do innych gatunków – trzeba wiedzieć, gdzie swoje miejsce. Co wcale nie oznacza, że ponosi całkowitą winę za klęskę całości – co to, to nie. Największą porażką jest pełen nielogiczności i bezsensu scenariusz, silący się dodatkowo na wspomnianą wcześniej psychologię, popieraną dialogami i przemyśleniami w formie makabrycznie głupich truizmów. Bez większej przesady – miejscami zamienia się to w mało śmieszną komedię.

Sadysta jest filmem kiepskim. Nieudolną kopią rewelacyjnego thrillera, który w pewnym sensie otworzył nową furtkę w dziejach X muzy. Nie ma w tej produkcji nic, co warto byłoby polecić, absolutnie nic, bo nawet sprawność techniczna, z jaką został zrealizowany nie zaskakuje – to już stały element dzisiejszego kina. Zaskakuje natomiast wszystko inne, bo już dawno me oczy nie widziały tak spapranego potencjału. Przynajmniej polskie tłumaczenie jest tym razem bezbłędne, niemniej należy odnieść je do osób reżysera i scenarzysty. Panowie znęcają się ile wlezie nad widzem – maltretują go bezsensem, poniżają nudą, dobijają przewidywalnością, a w ciągu ostatnich pół godziny zaprzeczają jakimkolwiek argumentom, że ich dzieło jest przemyślanym filmem. Czas więc na lekkie podsumowanie: nie wiem po co ten obraz powstał, bo żadnemu celowi nie służy, nie wspominając już o jakiejkolwiek rozrywce czy strachu (chociaż nie – można się przestraszyć faktem poświęcenia 90 minut życia na taki szajs). Jeśli by się mnie ktoś pytał o zdanie, to już lepiej iść pobiegać w futrze – efekt będzie podobny, a chociaż kondycja się trochę poprawi. Żeby nie było – ostrzegałem.

Tekst z archiwum Film.org.pl (09.08.2007)

Ostatnio dodane