W stronę zachodzącego słońca

RIO LOBO

John Wayne broni mieszkańców miasta w filmie Howarda Hawska - to mówi wszystko.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Howard Hawks i John Wayne to niekwestionowane ikony amerykańskiego kina, w tym również westernu. Wspólnie stworzyli pięć filmów, a akcja czterech z nich rozgrywała się właśnie na Dzikim Zachodzie. Panowie – reżyser i aktor, każdy z osobna legenda Hollywoodu – odpowiedzialni są w duecie za takie „szlagiery” jak Rzeka Czerwona, Rio Bravo czy El Dorado. Rio Lobo z 1970 roku jest ostatnim obrazem, który Hawks i Wayne nakręcili wspólnie. Budzący skojarzenia z wcześniejszymi przebojami traktującymi o obronie przed złoczyńcami z małego miasteczka, którego nazwa stała się tytułem filmu, nakręcony w momencie schyłkowym złotej ery Fabryki Snów, w porównaniu do rozkwitających wówczas w gatunku podejść antywesternowych wydaje się sentymentalną wyprawą do lat minionej chwały westernów najbardziej klasycznej maści. I to wyprawą całkiem przyjemną.

John Wayne znów gra tu klasycznego bohatera Johna Wayne’a – charyzmatycznego, doświadczonego w boju Corda McNally’ego, pułkownika wojsk Unii, który po zakończeniu wojny domowej trafia do tytułowego Rio Lobo w poszukiwaniu zemsty. Nim jednak pojawimy się wraz z nim w miasteczku, Hawks oraz scenarzyści: Leigh Brackett i Burton Wohl proponują nam stosunkowo długi prolog rozgrywający się w schyłkowych dniach wojny. Na otwarcie filmu eskortowany przez oddział McNally’ego transport złota zostaje przechwycony przez oddział konfederatów dowodzony przez kapitana Pierre’a Cordonę i sierżanta Tuscarorę Phillipsa. W konsekwencji ginie kapitan Forsyth, podopieczny głównego bohatera, traktowany przez niego po synowsku. Schwytany przez nieprzyjaciela (a następnie sam biorący go w niewolę) pułkownik zawiera specyficzną przyjaźń z Cordoną i Phillipsem, nie żywiąc do nich urazy za wojenne czyny – pragnie jednak zemsty na zdrajcach z własnej armii, których informacje umożliwiły napaść na transport.

Po zakończeniu wojny, zawarłszy z niedawnymi wrogami pakt w intencji schwytania dwóch zdrajców o nieznanej tożsamości, jankes McNally trafia do Blackthorn w Teksasie, gdzie przebywa też Cordona, chcący się z nim skontaktować. W międzyczasie z rodzinnego miasta Phillipsa przybywa panna Shasta Delaney, szukająca u szeryfa Blackthorn pomocy w sprawie zabójstwa popełnionego przez ludzi nowego szeryfa Rio Lobo – dawnego złoczyńcy Hendricksa. Okazuje się także, że jest on na usługach niejakiego Ketchama, nastającego na ziemię ojca Phillipsa (i nie tylko jego zresztą). McNally angażuje się w konfrontację z Ketchamem i Hendricksem, dodatkowo motywowany podejrzeniem, że w Rio Lobo ukrywać się mogą szukani przez niego zdrajcy.

Pod względem intrygi Rio Lobo to właściwie kompilacja dominujących motywów filmografii Wayne’a oraz Hawksa. Wayne’owskiemu herosowi towarzyszą tu młodsi, dzielni i sprytni – choć wciąż nie tak wspaniali jak on – towarzysze, rezolutne dziewczyny (świetnie wypada Jennifer O’Neill jako Shasta) i rubaszni staruszkowie. Relacja McNally’ego z granymi przez Jorge Rivero i Christophera Mitchuma (syna Roberta) Cordoną i Phillipsem to kolejny wariant obserwowanych chociażby w Rzece Czerwonej czy Rio Bravo szorstkich, podszytych ojcowskimi podtekstami przyjaźni protagonistów, na której uboczu pojawia się również postać lubieżnego błazna (tutaj starego Phillipsa, granego przez niezawodnego Jacka Elama). Obowiązkowe wątki: ratowania damy w opałach (reprezentantki bezbronnej społeczności dobrych ludzi) i sprzeciwu wobec nadużycia siły, władzy oraz pieniędzy dopełniają klasycznego obrazu kojarzonego z gatunkiem w modelowym wydaniu, w którym wszystko klarownie podzielone jest na białe i czarne, a fabuła rozwija się w sympatyczny sposób, nieprzesadnie naładowany ciężarem dramatycznym.

Jako ostatni film nakręcony przez Howarda Hawksa Rio Lobo stanowi godne pożegnanie tego wielkiego reżysera z Dzikim Zachodem.

Rozłożenie opowieści na rozbudowany wstęp i właściwą intrygę zorientowaną wokół tytułowego Rio Lobo daje możliwość głębszej identyfikacji z bohaterami oraz kontekstem. Bardzo wyraźnie widać w Rio Lobo kontekst świeżo zamkniętego konfliktu między Północą a Południem, który pomimo pogłębienia społecznych podziałów (McNally jako jankes w Teksasie jest wyraźnie człowiekiem z zewnątrz) nie przeszkadza żołnierzom obu stron konfliktu w zawieraniu przyjaźni i stanięciu ramię w ramie w słusznej sprawie. Podbudowę pod zasadniczą akcję Rio Lobo stanowi braterstwo broni i poczucie patriotycznego obowiązku obydwu stron, które pozwalają zbudować wspólny front w obronie uciśnionych przez Ketchama i Hendricksa. Nieprzypadkowo po jednej stronie stają byli żołnierze i lokalna społeczność (w tym kobiety), a po drugiej awanturnicy, łotry i zdrajcy, niemający wiele wspólnego z żołnierskim etosem.

To wszystko Hawks ujmuje w klasyczną, choć momentami może trochę naiwną formułę westernowego schematu, z obowiązkowymi: topografią pustynnej osady, saloonem czy żartobliwymi scenkami. Wyróżnia się w Rio Lobo na pewno znakomita ścieżka dźwiękowa Jerry’ego Goldsmitha, podkreślająca i nobilitująca zwłaszcza nieco anachroniczne sceny akcji. Hawks po swojemu zadbał też o barwny drugi plan, zapewniający widzom zarówno akcenty bardziej dramatyczne (wątki Shasty oraz jej przyjaciółki Amelity), jak i komediowe (stary Phillips, dentysta Jones). W Rio Lobo jest to tym istotniejsze, że John Wayne nie jest już w szczycie formy – wyraźnie podstarzały, wygląda momentami na dość znudzonego, popadając w typowy dla siebie manieryzm. Co prawda robi tu wszystko, czego można oczekiwać po jego aktorskiej marce, jednak wypada to słabiej niż w jego najlepszych latach. Przez to nie jest w roli doświadczonego przez życie twardziela tak efektowny jak niegdyś, jednak wciąż na tyle dobry, że kupujemy jego McNally’ego jako protagonistę i pod koniec bez mrugnięcia okiem trzymamy za niego kciuki.

Choć Rio Lobo wnosi niewiele świeżości i zasadniczo nie jest niczym szczególnym, to staroświecki urok, sprawdzone rozwiązania i chemia pomiędzy narracją Hawksa a manierą Wayne’a czynią ostatecznie seans satysfakcjonującym. Podręcznikowo nakręcony, w najważniejszych momentach – zawiązania akcji, charakterologicznej ekspozycji, gęstnienia napięcia i finałowego starcia – nie zawodzi, nawet jeśli widać, że western to nie pierwszej młodości i z nostalgią spoglądający przez ramię. Jako ostatni film nakręcony przez Howarda Hawksa, nie tylko z Johnem Wayne’em, ale też w całej karierze, Rio Lobo stanowi godne pożegnanie tego wielkiego reżysera z kinem przygodowym i Dzikim Zachodem – kompiluje atuty filmografii Hawksa, twarzą Johna Wayne’a tworzy klasyczny obraz westernowej walki dobra ze złem i daje dużo frajdy w trakcie oglądania go. A przecież o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

Ostatnio dodane