Recenzje

REPLICAS (2018). Keanu Reeves bawi się w Boga

Science fiction klasy B, ubogie wizualnie, ubogie aktorsko, z problematycznym wydźwiękiem.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Nauka nie zna umiaru

Niektórym może wydać się elektryzujące, że Keanu Reeves wrócił do science fiction. W przerwie między odgrywaniem Johna Wicka, swej obecnej sztandarowej roli, aktor postanowił raz jeszcze wykorzystać wirtualną rzeczywistość, jak czynił to w Johnnym Mnemonicu i Matriksie, by sprostać nowemu zadaniu. Tym razem jednak jego bohater nie tyle zmaga się z technologią, ile ją tworzy.  

Jesteście zainteresowani?

Film Replicas opowiada historię Williama Fostera, biologa syntetycznego, który wszedł w buty Victora Frankensteina. Jego misją jest bowiem dokonanie umiejętnego przetransportowania świadomości pochodzącej z mózgu zmarłego żołnierza prosto do nowego, syntetycznego ciała. Innymi słowy, gra toczy się o przedłużenie życia, na razie dla celów militarnych. Za każdym razem, gdy jest blisko osiągnięcia swego celu, coś idzie nie tak, a przeniesiona świadomość nie radzi sobie w nowym wcieleniu. Ale już wkrótce bohater będzie musiał zrewidować wszystko, co dotychczas odkrył. Na skutek tragicznego wypadku samochodowego ginie cała jego rodzina, a on jest jedyną osobą, która może przywrócić jej członków do życia.

Nadal jesteście zainteresowani?

Ta cyberpunkowa historia wyszła z głowy Stephena Hamela, twórcy, który często działa w ten sposób, że tworzy podwaliny pod scenariusze, a potem sam bierze się za produkcje tak zainicjowanych pomysłów. Scenariusz na podstawie tej historii napisał Chad St. John (Londyn w ogniu), z kolei reżyserią zajął się Jeffrey Nachmanoff (jeden z twórców serialu Hostages: Zakładnicy). Patrząc na listę płac, warto jeszcze wspomnieć, że jednym z producentów jest Lorenzo di Bonaventura, jeden z inicjatorów serii Transformers. Film Replicas miał już swoją premierę na festiwalu w Toronto w 2017. Następnie, jesienią 2018, zaliczył kurs po świecie, trafiając m.in. do Chin, by finalnie, 11 stycznia 2019, wejść do kin w USA.

Pora sobie odpuścić…

Mam wrażenie, że gdyby nie udział Keanu Reevesa, który zresztą także jest jednym z producentów, film Replicas straciłby podstawowy warunek istnienia. Trudno nie dostrzec, że główną zachętą dla widowni miał być ponowny udział gwiazdy Matriksa w produkcji science fiction. Problem jednak w tym, że to, co miało stanowić atut filmu, jest jego wadą. Bez względu na sympatię, jaką darzę Reevesa, nie potrafię w tym wypadku spojrzeć przychylnie na to, co prezentuje sobą na ekranie. Przez lata starałem się nie dopuszczać do siebie myśli, że aktor ten faktycznie grać nie potrafi, a dobre role wychodzą mu albo z przypadku, albo za sprawą inspiracji reżysera. Tym razem jednak pozbawiony kontroli Reeves pokazał, co potrafi lub właściwie… czego nie potrafi. Moment odgrywania przez niego tragizmu po stracie członków rodziny jest tak boleśnie sztuczny, że miast wzbudzić w widzu współczucie, niepohamowanie wypełnia scenę groteskowością.

Replicas brzmi i wygląda jak kiepski żart.

Cecha ta odczuwana jest zresztą w całej produkcji. Replicas brzmi i wygląda jak kiepski żart. Choć nikogo nie powinno to dziwić – przyzwyczajeni do tego, co wychodzi z Entertainment Studios, nie winniśmy obruszać się na jakość pokrewną kinu klasy B. Już pierwsza scena próby przeniesienia świadomości do humanoidalnego robota dała mi do zrozumienia, że czeka mnie ciężki seans. Uświadczyłem bowiem efektów specjalnych bliskich temu, co kątem oka (bo całym spojrzeć się bałem) widziałem podczas oglądania fragmentów widowisk osławionego studia Asylum. Niemniej po cichu liczyłem, że w dalszej części filmu jego tematyka jakimś sposobem zdoła się obronić i zaprezentuje ciekawe wnioski. Dobrego cyberpunku przecież nigdy nie dość.

Replicas dał mi do zrozumienia jednak, że dzisiejsi twórcy SF nawet nie silą się już na jakąkolwiek oryginalność w temacie sztucznej inteligencji, klonowania oraz innych możliwości inżynierii przyszłości. Każdorazowa prezentacja tych tematów w kinie SF tak bardzo pachnie odgrzanym kotletem, że zazwyczaj już na starcie wzmaga we mnie uczucia nudności. Od lat 80. i 90. powielane są wciąż te same schematy fabularne, stanowiące rewizję idei stojącej u podstaw pamiętnego Frankensteina, niepopychające jednak sztandarowej koncepcji w żaden sposób do przodu. A dodajmy, że technologia się rozwinęła, przez co dziś to, co kiedyś stanowiło niedorzeczną przestrogę, jest już realnym zagrożeniem.

Ale twórcy woleli pozostać na to ślepi, dając Reevesowi atrakcyjne zabawki do rąk i nie bacząc, co z nimi zmajstruje. Powiem więcej – ich Replicas zadaje w pewnym sensie kłam tradycji SF, z jakiej się wywodzi. Zamiast tworzyć inteligentne, wiarygodnie brzmiące ostrzeżenie, które ukazywałoby na równi jasne i ciemne strony zabawy w Boga, film idzie w kierunku niezamierzonego komizmu, sprowadzając historię o potencjalnym przełomie naukowym, mogącym wywrócić świat do góry nogami, do poziomu familijnego banału. Powiedzieć, że w tym wypadku twórcy prześlizgnęli się po fundamentalnej kwestii, do tego coraz gorętszej, to jak nie powiedzieć nic.

Wiele mógłbym ścierpieć. Efekty specjalne rażą zaledwie w kilku miejscach, więc nie są w stanie wyrządzić naszym oczom aż takiej krzywdy. Z koli Reeves nawet jak robi z siebie błazna, potrafi wnieść do seansu sporo dobra za sprawą poczciwego wyrazu twarzy. Nie oszukujmy się – siła jego aktorstwa także polega na tym, że samą swoją obecnością na ekranie tworzy pozytywną atmosferę. Niestety, gdy jednak weźmie się pod lupę to, jak historia ukazana w Replicas rozwija się od kluczowej wolty fabularnej, czyli wypadku samochodowego (którego, dodajmy, można było uniknąć), do momentu nadawania znaczenia konsekwencjom udanego eksperymentu, trudno nie wyrazić sprzeciwu. Wiele dylematów natury etycznej zostało tu, dosłownie, postawionych na głowie i nie tworzy jakiegokolwiek pola do dyskusji.

Ostatnio dodane