nowości kinowe

MORGAN. Debiut syna Ridleya Scotta. Recenzja

Festiwal najprostszych rozwiązań, straconych szans i aktorskiego męczenia buły.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Dziewczyna z komputera

Luke Scott, syn Ridleya, zaczyna swoją przygodę z reżyserią trochę w stylu Coppoli, Howarda i całego zastępu twórców wywodzących się z mikrobudżetowej stajni Rogera Cormana. Bo ciężko inaczej określić w dzisiejszych czasach realizowanie filmu science fiction za osiem milionów dolarów. Dodatkowo, podobnie jak w szalonych b-klasowych latach sześćdziesiątych, młody artysta otrzymał pomoc rozpoznawalnych twarzy w epizodach (zapewne dogadanych przy szklance whiskey na daczy ojca; podobnie jak kiedyś wklejano wszędzie walające się u Cormana kawałki taśmy z Vincentem Price’em), a na główną obsadę złożył się misz-masz gwiazd TV, wiecznych aspirantów (cały czas cię lubię, Kate Maro) i jedna wschodząca gwiazdka. Niestety, sam młody Scott dosyć mocno wyłożył się na samym starcie kariery.

m4

Scenariusz Morgan, autorstwa Setha Owena, trafił kilka lat temu na tzw. czarną listę zbierającą najlepsze niezrealizowane teksty krążące po hollywoodzkich studiach. Punkt wyjściowy jest prosty, ale domaga się twórczego rozwinięcia: mamy tajny kompleks gdzieś w leśnej głuszy; sztuczną inteligencję w osobie genetycznie zmodyfikowanej dziewczyny; bandę zafiksowanych na jej punkcie naukowców; wkraczającą w ten świat korporacyjną biurwę (Kate Mara), która ma za zadanie ocenić sensowność dalszego finansowania projektu oraz zbadać pierwszy przejaw agresji tytułowej istoty.

Na pierwszy rzut oka to idealny materiał na niskobudżetową produkcję, taplający się w biotechnologicznych fascynacjach ludzkości, w ujęciu Scotta sprawdza się niestety w niewielkim stopniu.

Sam punkt wyjściowy jest naprawdę przyjemny, gdyż skupia się na nieśmiertelnej fascynacji fikcji wszelakiej – stworzeniu sztucznego życia. Ale na zapowiedzi kończą się ciekawe pomysły. Pierwsze trzydzieści minut to nieustająca łopatologiczna ekspozycja, mająca na celu wytłumaczyć, czym jest tytułowa Morgan i dlaczego mamy się przejmować jej historią. Niestety, deklamowanie kolejnych wyświechtanych tekstów przez demiurgów w kitlach nie robi najmniejszego wrażenia i, co najgorsze, do niczego nie prowadzi – film stara się na początku stawiać jakieś pytania, ale nie ma ochoty na nie odpowiadać. Postacie snują się po ograniczonym miejscu akcji, próby wzbogacenia ich charakterów kończą się na rwanych dialogach, a sama Morgan jest po prostu zupełnie nieinteresująca i już podobne do niej protagonistki słabej Istoty i leciwego Gatunku sprawiały lepsze wrażenie. Scott porusza się pośród grupy papierowych figurek, nieumiejętnie próbując tchnąć trochę życia w całe widowisko, przez co traci kontakt z potencjalnym „mięsem” scenariusza, czyli problemem zabawy w Boga. Są tutaj przebłyski jakichś głębszych myśli (epizod Paula Giamattiego, który jako jedyny dostał chwilę na zabawę z rolą), ale wszystko to rozbija się o zaporę z bylejakości.

m2

I chyba sami twórcy zauważyli, że biotechnologiczne filozofowanie za bardzo im nie wychodzi, przez co w połowie historia zamienia się nagle w pozbawiony dynamiki slasher, podporządkowany najprostszym rozwiązaniom. Miało być efektownie i zaskakująco, wyszło wybitnie kuriozalnie i nudno – do tego stopnia, że jedna ze scen pościgu spokojnie zyskałaby na podłożeniu pod nią melodii z Benny’ego Hilla. Młodemu Scottowi brakuje jeszcze wyczucia w budowaniu filmowego napięcia i tkaniu sensownej narracji. Film nie zaskakuje (chyba że kogoś zdziwi zapowiadana przez cały film wolta fabularna – wywołująca uśmiech politowania), nie trzyma w napięciu, nie próbuje dbać o kiełkujące pomysły. Przypomina bardziej produkt przygotowany prosto na rzecz kina domowego. Nie jest toksyczny czy karygodnie zły – prezentuje się jednak jeszcze gorzej, bo jest do bólu nijaki i nie ma zbytnio sensu oglądać go nawet do piwa w grupie znajomych. Plasuje się niestety dużo bliżej wspomnianej już kuriozalnej Istoty (chociaż jest dużo bardziej konwencjonalnym thrillerem, bez wygibasów w ramach horroru cielesnego) niż świetnej Ex Machiny, poruszającej zbliżoną problematykę. Nie znajdziemy tutaj też żadnych fajerwerków pod względem technikaliów – zdjęcia wpadają w typowe amerykańskie stany średnie, często przypominające budżetowy serial TV; muzyka to składanka thrillerowych hitów, wskazujących widzowi dokładnie, kiedy powinien się bać, a kiedy wpaść w zadumę; wszystko dodatkowo podlano jeszcze szaroburym filtrem, żeby podkreślić ciężar gatunkowy pseudonaukowych dywagacji. Film jakoś trzyma się kupy, jest oglądalny, ale przede wszystkim sprawia pocieszne wrażenie lepu na wszelkich łowców celuloidowych kretynizmów.

Aktorsko też nie znajdziemy w Morgan nic specjalnego. Fantastyczna w zjawiskowej Wiedźmie Anya Taylor-Joy tutaj jest widocznie przymuszona do grania typowego superinteligentnego odludka – wiecznie zakapturzonego, mówiącego przyciszonym głosem. Zupełnie nie zapada w pamięć, nie daje nic od siebie – bo robienie maślanych oczu to jeszcze nie jest aktorstwo. A ma papiery na wielkie granie i szkoda zmarnowanej szansy. Całkiem nieźle przy rozpisanych na kolanie naukowcach wypada za to Kate Mara, której fizys znowu nie pozwala wyjść poza rolę zimnej inteligentki z zadartym nosem – chociaż to akurat duży plus, bo jej rola sprowadza się w sporym stopniu do zabawy w żeńską wersję T-1000. Reszta obsady robi za niezbyt wyróżniające się tło – co najbardziej boli w przypadku zupełnie niewykorzystanego Toby’ego Jonesa, bredzącej Jennifer Jason Leigh i boleśnie nijakiej roli Michelle Yeoh. Jedynie wspomniany już Giamatti miał trochę zabawy, gdy wpadł pokrzyczeć na plan. O, jest też Brian Cox na jakieś sześć sekund, nagrany chyba w salonie Scottów, podsumowujący idealnie ten brak ładu i składu w ustawianiu pionków na planszy. To ciekawa zbieranina bardzo dobrych i poprawnych aktorów, która jest zwyczajnie nieumiejętnie poprowadzona, zahukana przez spore braki scenariuszowe.

m3

Debiutancka produkcja Luke’a Scotta to festiwal najprostszych rozwiązań (które inni twórcy pokazali lepiej już dziesiątki razy), straconych szans i aktorskiego męczenia buły. Na pewno nie będzie po latach smakowała tak dobrze jak Pojedynek papy Ridleya. Ale tli się tutaj parę iskierek nadziei (całkiem niezłe wprowadzenie, kilka ciekawych ujęć) i wierzę, że młody Scott, może już przy następnej produkcji, zaskoczy widzów pozytywnie. Ciężko niestety ukryć, że Morgan to po prostu taśma z reżyserskimi ćwiczeniami, za którą widz musi zapłacić. I trzeba wylać reżyserowi na głowę wielki kubeł zimnej wody, bo niski budżet i nieopierzenie związane z debiutem nie tłumaczą dzisiaj twórców – przynajmniej od czasu, gdy Duncan Jones, inny syn wielkiego ojca, za jeszcze mniejsze pieniądze nakręcił fantastyczny Moon.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane