nowości kinowe

JESZCZE NIE KONIEC. Koszmar za zamkniętymi drzwiami

Im bardziej rozwija się fabuła, tym bardziej narasta napięcie, prowadząc do maksymalnie wyczerpującego emocjonalnie finału.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Uciec, ale dokąd

Kocham cię. Nigdy nie pozwolę ci odejść. Nie dałbym sobie rady bez ciebie. Tylko ty jesteś dla mnie sensem i trzymasz mnie przy życiu… Kto to był? To twój gach? Myślisz, że nie wiem, że się puszczasz? Sądzisz, że możesz robić ze mnie idiotę? Uważasz, że jestem głupi i nie domyślę się, co robisz, tak? Teraz płacz, to twoja wina – widzisz, do czego mnie zmusiłaś?

Ten, który powinien być opiekunem, partnerem i opoką, okazuje się katem. Nie żałuje pięści, chociaż zazwyczaj potrafi bić tak, by nie zostawiać śladu, zwłaszcza na twarzy – jego kobieta powinna być piękna. Czasem, jak ona już wyjątkowo go wkurzy (a mogła przecież tego nie robić!), rozbije jej nos, rozkwasi wargę. Ona ukrywa się pod warstwą pudru i za ciemnymi okularami, modląc się, żeby bystry wzrok sąsiadki niczego nie wyśledził, bo on nie zniósłby przecież plotek. Ma reputację, a we własnym domu jest panem. Żona ma obowiązek go słuchać, a dzieci poważać. Takie są zasady. Gdyby rodzina zawsze tych praw przestrzegała, nie byłoby przecież kłopotu, prawda?

Aktor wcielający się w rolę małego Juliena stworzył jedną z najlepszych dziecięcych kreacji, jakie widziałam od lat.

Koszmar, który dzieje się za zamkniętymi drzwiami, jest jak zasysające bagno. Ofiara przemocowca czuje się przykuta do niego lękiem, czasami dziwnym rodzajem wdzięczności, bo każdy oprawca znakomicie umie wywoływać poczucie winy i niszczyć do zera pewność siebie. Partnerka powinna czuć się wyróżniona, że ktoś w ogóle chce z nią być, nikt inny poza nim pewnie by nie chciał. Co nie przeszkadza mu na każdym kroku dostrzegać potencjalnych kochanków pożądliwie zerkających na jego własność. Nie waha się bić, ale równie bolesne – a może i bardziej bolesne, bo dużo dłużej się goją – są rany pozostałe po latach przemocy psychicznej. Zwłaszcza gdy ona tak długo nie potrafiła się zdobyć na to, żeby odejść. W końcu zaczyna go tłumaczyć. Bo jest przecież dobrym ojcem… bo zależy mu na rodzinie… bo zarabia, opiekuje się… bo tylko czasami traci cierpliwość, w inne dni jest przecież taki łagodny i czuły. Gdyby tylko ona potrafiła się odpowiednio zachować, pewnie zawsze by taki był. Więc tkwi przy nim, współuzależniona, w zaklętym kręgu, przerażona i zazwyczaj samotna jak palec.

Bohaterów Jeszcze nie koniec poznajemy w chwili, gdy żona jednak znalazła w sobie siłę i zdobyła się na odwagę – odeszła, by zacząć życie od nowa. Miriam i Antoine mają jednak dwoje dzieci i o ile osiemnastoletnia Josephine może już sama decydować, czy chce widywać ojca (nie chce), to już o prawo widywania małoletniego Juliena toczy się spór.

Na początku wszystko wydaje się formalne, uporządkowane, odpowiednio regulowane przez prawo. Jest parasol ochronny paragrafów, przepisów i ustaleń, pod którym – w teorii – można się skryć i czuć bezpiecznie. W zasadzie nawet przez to zagęszczenie prawniczej mowy trudno na początku wciągnąć się w film. Czujemy się przytłoczeni słowami, a zatem znużeni.

Stopniowo jednak wszystko się zmienia. Ojciec, Antoine, nie zamierza odpuścić kontaktów z synem, ale nie planuje też bynajmniej zostawić w spokoju byłej żony. W jego umyśle ona wcale nie jest żoną “byłą”. Ma do niej takie samo bezwzględne prawo, jakie miał wcześniej. Śledzi ją, prześladuje, zmusza syna, by wyjawił mu numer telefonu matki, pokazał blok, w którym mieszkają. Prawo i przepisy nie dają szans na obronę. Konfrontacja wydaje się nieunikniona, a Miriam będzie musiała zebrać w sobie całą możliwą siłę, jaka jej jeszcze pozostała. Szczęśliwie ma rodzinę, która ją wspiera. Wiele kobiet podobnych do niej tego nie ma i nie wiedzą, jak i dokąd uciec.

Im bardziej rozwija się fabuła, tym bardziej narasta napięcie, prowadząc do maksymalnie emocjonalnie wyczerpującego finału. Ta potęgująca się groza jest momentami wyhamowywana nieco przez fabularne przerywniki, w zasadzie przestoje, jednak nawet jeśli tracimy czujność, to tylko na chwilę. Nasłuchujemy, podobnie jak Miriam i mały Julien, czy Antoine się zbliża, zastanawiamy się z przerażeniem, co teraz wymyśli i co zrobi. Julien desperacko próbuje ochronić matkę na miarę swoich wątłych sił, mierząc się z niewyobrażalnym ciężarem. Wcielający się w niego Thomas Gioria stworzył jedną z najlepszych i najbardziej przejmująco autentycznych dziecięcych kreacji, jakie widziałam od lat.

Jego cierpienie i zagubienie są wręcz namacalne. Świetna jest również Lea Drucker jako Miriam, która wychodzi daleko poza portretowanie stereotypowo postrzeganej ofiary. Jest w niej kruchość, ból i poczucie porażki, ale jest też siła i pragnienie, by wystartować od nowa, dać sobie szansę. Jest w niej upór i głęboka potrzeba spokoju, lękowi zaś towarzyszy wściekłość i znużenie, ponieważ wydarzenia rozwijają się przed jej oczami według tego samego klucza, który zna od zawsze. W finale będzie i tak zmuszona do tego, by poradzić sobie z sytuacją sama. Prawo nie jest w stanie ochronić w pełni ani jej, ani jej dzieci. Pojawia się też pytanie, czy w ogóle podejmuje taką próbę. Wydawałoby się, że prewencja powinna być celem nadrzędnym. Tu reakcja służb ostatecznie okazuje się szybka, ale przecież należało dążyć do tego, by nie była konieczna. Coś zawiodło. Coś zawodzi bardzo często. I wtedy ktoś zostaje ze swoim dramatem zupełnie sam, przygnieciony poczuciem, że “koniec” może nie nadejść nigdy. Wciąż wracam myślami do tragicznej historii rodziny Bessonów. Do tego, jak niewesołe refleksje budzi. Jak bardzo uświadamia nam własną bezradność. I jak wiele jest wokół historii do niej podobnych.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane