Czarno na białym

TYLKO ANIOŁOWIE MAJĄ SKRZYDŁA. 80 lat od premiery

Najważniejsza była dla Howarda Hawksa bezsprzecznie historia, a wszelkie efekciarskie zabiegi utrudniające jej odbiór uznawał, nie bez racji, za zbyteczne.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Osobiście strasznie boję się latać samolotami. Każda podniebna podróż jest dla mnie nerwowym przeżyciem, nieważne skąd, dokąd, z kim i jaką linią. Nie dogadałbym się więc raczej z Howardem Hawksem – reżyserem, scenarzystą, a przy tym również wielkim fanem lotnictwa, dumnym posiadaczem licencji pilota (zdobył ją w wieku zaledwie 16 lat!), który nieraz zasiadał za sterami samolotu. Wątek powietrznej żeglugi regularnie powracał w jego filmach [po raz pierwszy pojawił się on w Sercu lotnika (The Air Circus), datowanym na rok 1928]. Jednym z nich jest obchodzące w tym roku swoje osiemdziesiąte urodziny dzieło pt. Tylko aniołowie mają skrzydła.

Obraz Hawksa z 1939 roku ginie w jego filmografii pod ciężarem takich tytułów jak Człowiek z blizną, Wielki sen czy Rio Bravo. Zupełnie niesłusznie – prezentuje bowiem poziom co najmniej zbliżony do poziomu wymienionych filmów. Historia Tylko aniołowie mają skrzydła rozgrywa się w tajemniczym, portowym mieście Barraca, znajdującym się gdzieś w Ameryce Południowej. Bohaterami filmu Hawksa są, jakżeby inaczej, piloci. Nie trudnią się oni jednak zestrzeliwaniem wrogich jednostek, lecz przewożeniem poczty – w rzeczywistości zadaniem nie mniej niebezpiecznym. Dzielni śmiałkowie muszą bowiem na co dzień zmagać się z niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi (stałym zestawem jest gęsta mgła, rzęsisty deszcz i porywisty wiatr), które w połączeniu ze znajdującymi się na trasie przelotów Andami tworzą śmiertelne zagrożenie.

Pilotów poznajemy z perspektywy laika – czarującej Bonnie Lee (Jean Arthur), artystki rewiowej, która zostaje przez dwóch spotkanych w porcie młodych awiatorów zaproszona do baru pełniącego zarazem funkcję bazy lotniczej. Tam dziewczyna, dopiero około dziesiątej minuty filmu, poznaje de facto głównego bohatera, Geoffa Cartera. To właśnie wokół postaci sportretowanej przez Cary’ego Granta (stałego współpracownika Hawksa – aktor wystąpił w aż pięciu obrazach jego autorstwa) oscylują niemalże wszystkie późniejsze wydarzenia.

cary grant

Geoff wydaje się początkowo chłodnym profesjonalistą. Kiedy dość prędko i niespodziewanie ginie jeden z młodych lotników, bohater kwituje to wymownymi słowami: „Po prostu nie był wystarczająco dobry”, a następnie, jak gdyby nigdy nic, przechodzi nad tym do porządku dziennego. W ślad za nim podąża reszta towarzystwa. W tym momencie widz w naturalny sposób zaczyna utożsamiać się z Bonnie, świadkiem całego zdarzenia, a przy tym osobą z zewnątrz, nieprzynależącą do świata lotników. Kobieta, a co za tym idzie, również odbiorca, nie potrafi zrozumieć motywów zachowania Cartera i jego podwładnych: „Co się z wami dzieje? Jeszcze przed chwilą rozmawiał i śmiał się tu razem z wami, a teraz…” – wykrzykuje zdruzgotana. Chwilę później Geoff na stronie tłumaczy jej reguły życia prowadzonego przez pilotów – wypadki ze skutkiem śmiertelnym zdarzają się w tym fachu średnio raz na miesiąc, a żadna, nawet największa rozpacz nie przywróci życia tragicznie zmarłym. Taka pragmatyczna postawa nie sprawdza się jednak w każdym przypadku, o czym koniec końców przekonuje się nawet cyniczny Carter.

Dla małego urozmaicenia Hawks wprowadza do filmu całą plejadę interesujących bohaterów drugoplanowych. Jest wśród nich chociażby małżeństwo MacPhersonów (w tych rolach Rita Hayworth i Richard Barthelmess), których przyjazd przewraca całą bazę do góry nogami. Jest również poczciwy Dutchy – właściciel baru oraz feralnej linii lotniczej, zawsze uśmiechnięty i skory do rozmowy, jako jeden z nielicznych jawnie przejmujący się losem zmarłych pilotów. Jest wreszcie i Kid (Thomas Mitchell), z całej tej zbieraniny postać bodajże najciekawsza; podstarzały lotnik, którzy zarabia na życie, robiąc to, co kocha, od przeszło dwudziestu dwóch lat. Przy pomocy tego bohatera Hawksowi udaje się poruszyć odwieczną kwestię przemijania – z powodu wieku Kidowi zaczyna psuć się wzrok, co skutkuje tym, że mężczyzna nie może dalej wykonywać umiłowanego zawodu.

cary grant rita hayworth

Całość utrzymana jest oczywiście w charakterystycznym stylu twórcy Rio Bravo. Francuscy krytycy filmowi spod znaku „Cahiers du cinéma” zwykli określać ten styl jako „niewidzialny” (z tego grona najbardziej kinem Hawksa fascynował się chyba Jacques Rivette, który poświęcił jego filmografii pełen uwielbienia artykuł zatytułowany The Genius of Howard Hawks). O co w tym jednak dokładnie chodzi? Co powinniśmy przez to pojęcie rozumieć? Już spieszę z odpowiedzią. Przede wszystkim oszczędność środków formalnych (słynna zasada kamery na wysokości oczu, redukcja zbliżeń), bezwzględny prymat opowieści oraz unikanie (modnych wówczas szczególnie w kinie noir) retrospekcji i futurospekcji. Najważniejsza była dla Howarda Hawksa bezsprzecznie historia, a wszelkie efekciarskie zabiegi utrudniające jej odbiór uznawał, nie bez racji, za zbyteczne.

To najprawdopodobniej właśnie dlatego filmy twórcy Wielkiego snu ogląda się bardzo dobrze po upływie sześćdziesięciu (Rio Bravo), osiemdziesięciu (Tylko aniołowie mają skrzydła), a nawet prawie dziewięćdziesięciu lat (Człowiek z blizną). Nie rażą one dzisiejszego widza anachronizmem technicznym czy formalnym, ponieważ są zrealizowane w sposób klarowny i precyzyjny, jednym słowem: profesjonalny. O Howardzie Hawksie Geoff Carter z całą pewnością nie mógłby nigdy powiedzieć, że „nie był wystarczająco dobry”.

Bibliografia:

J. Rivette, The Genius of Howard Hawks, tłum. Russell Campbell i Marvin Pister (po raz pierwszy artykuł Rivette’a został opublikowany w „Cahiers du cinéma” 1953, nr 23).

J. Ostaszewski, Howard Hawks – prostota i profesjonalizm [w:] Mistrzowie kina amerykańskiego. Klasycy, pod red. Ł.A. Plesnara i R. Syski, Kraków 2006.

Ostatnio dodane