Czarno na białym

LIST OD NIEZNANEJ KOBIETY. Kochać jak dobry stalker

Kiedyś będziemy musieli zdecydować, dokąd tak wędrujemy.

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Pokochać kogoś, uznać za czarodziejkę, nową drogę życia, i po latach nie rozpoznać. Jaka to ironia, mogąca się zdarzyć tylko w filmach z Fabryki Snów. Na tym jednak polega suspens w melodramatach, a w nim Amerykanie byli naprawdę dobrzy. Przy tej okazji warto dodać, że to nie do końca ich zasługa, bo reżyserem Listu od nieznanej kobiety był Niemiec, Max Ophüls. Hollywood zaoferowało mu ogromne możliwości do rozwoju kariery w ramach kina studyjnego, a on z kolei rozruszał nieco skostniałą, amerykańską kamerę w latach 40. Wiadomo było jednak z góry, że Max się nie podporządkuje fabrycznym zasadom kina zza oceanu. Z tego powodu wyjechał. Wierzył w pewną ideę reżyserstwa podobnie jak postaci kobiet, które kreował, wierzyły w miłość, niezależność, wierność i inne właściwości człowieka przez wieki uznawane za cnoty, a równocześnie niemiłosiernie w praktyce zdradzane i pogardzane.

W XIX wieku, nie znano pojęcia stalker. Co najwyżej można było oszaleć z miłości np. wbrew zdaniu rodziców, drabinie społecznej i konwenansom.

Ten rozziew między wyobrażeniem świata, a dziejącymi się w nim i doświadczanymi faktami, dotyka bohaterów Listu od nieznanej kobiety. Są nimi młodziutka i niedoświadczona Lisa Berndl (Joan Fontaine) i sporo od niej starszy, sławny pianista, Stefan Brand (Louis Jourdan). W ich role wcielili się aktorzy mało znani, przez całe swoje kariery stojący raczej na drugim planie niż w pierwszym rzędzie, chociaż akurat Louis Jourdan jest znany szerszej, powiedzmy, że komercyjnej publiczności np. z Ośmiorniczki, gdzie zagrał Kamal Khana i z Hrabiego Monte Christo (1975), gdzie wcielił się w demonicznego De Villeforta. Joan Fontaine radziła sobie znacznie gorzej, chociaż otrzymała Oskara w 1942 roku za rolę w Podejrzeniu Alfreda Hitchcocka. Jourdan zaś przez całe aktorskie życie był bardzo daleko nawet od nominacji do nagrody Akademii. Joan Fontaine, trochę w cieniu siostry, Olivii de Havilland, wybiła się nieco w latach 40., a później stopniowo zaczęła znikać, nie zapisując się w świadomości obecnie żyjącego i co najważniejsze jeszcze aktywnego zawodowo widza, a nie kinowego emeryta. Powiedzmy, że w mojej gdzieś tam żyje jako Lady Rowena z Ivanhoe (1952), lecz nawet w tym filmie przegrywa osobowością aktorską z Elizabeth Taylor grającą Rebeccę.

Postać Lisy pasuje do efemerycznej urody Fontaine. Jej osobowość również, i to nie tylko ta jej forma z początku filmu, kiedy jest jeszcze niedojrzałą, skrajnie romantyczną dziewczynką. Także do doświadczonej kobiety, wiele lat później, kiedy umiera, wciąż zakochana w tym samym mężczyźnie, który trwa w jej wyobraźni niemal jak przekleństwo, wrzód, ale i skrajnie wyidealizowana nadzieja na szczęście. Jest nią Stefan Brand, żyjący w zupełnie innym świecie niż Lisa znany pianista nie stroniący od kobiet, pieniędzy, wystawnego życia i doświadczania chwili, będąc zupełnie pogodzonym z tym, że przyjemność nie trwa długo. Trzeba się za nią uganiać, ćwiczyć w tej pogoni, zanim wszystko zabierze śmierć.

Film zaczyna się od tego, że Brand zostaje wyzwany na pojedynek i chce uciec. Boi się konfrontacji z przeciwnikiem, zupełnie jakby ten moment pojedynku mógł wziąć w nawias całe jego dotychczasowe życie, a co za tym idzie pokazać mu, jak małe miało znaczenie wszystko, co do tej pory robił i co wydawało mu się, że kochał. Tuż przed tym, kiedy ma podjechać tajna dorożka gdzieś z tyłu domu, służący przynosi mu list od kobiety, której imienia Brand nie pamięta, chociaż widział ją kilka razy w życiu, na tyle intensywnie, że imię przynajmniej zapamiętać powinien.

List do niego napisała oczywiście Lisa, natomiast już nie zdążyła go wysłać. Chciała opowiedzieć mu pewną historię, której sens on sam w pewien zimny wieczór jej powiedział, jeszcze na początku ich znajomości. Kiedyś będziemy musieli zdecydować, dokąd tak wędrujemy – to jego słowa, mądrzejsze niż postępowanie, jakby były jakąś głęboką intuicją w umyśle, podpowiedzią, że wybór tej właściwej drogi cały czas był tuż obok niego, a gdy to sobie uświadomił, było już za późno. Lisa wybrała jeszcze jako bardzo młoda kobieta, wręcz dziecko, jakkolwiek może się wydawać, że jej postępowanie graniczyło z obłędem lub zwykłym stalkingiem. Zakochała się najpierw w graniu na fortepianie Branda, później w nim samym. Wkradała się do jego domu, śledziła go. Nie zniechęciła się nawet licznymi kobietami, które przyprowadzał do domu. Była cierpliwa, aż wreszcie, już jako panna na wydaniu, spotkała go w pewien mroźny wieczór. Tak się zaczęła ta ich pogubiona, nieco chora gra z uczuciami.

Ale wtedy, w XIX wieku, nie znano pojęcia stalker. Co najwyżej można było oszaleć z miłości np. wbrew zdaniu rodziców, drabinie społecznej i konwenansom. Lisa jest zręcznie skrojonym fabularnie przykładem romantycznej bohaterki, która nie umiera za miliony, nie walczy za żadną ojczyznę, lecz chce ocalić siebie równocześnie kochając i wierząc, że z tej talii kart o twarzach niezliczonych ludzi, wybrała najważniejszą.

Ostatnio dodane