Czarno na białym

DZIWOLĄGI

Jedno z najgłośniejszych, najbardziej kultowych i zarazem najbardziej skrzywdzonych dzieci X muzy.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Te wytwórnia MGM nakręciła w całości w swoich własnych studiach, głównych bohaterów ukrywając nie tylko przed światem zewnętrznym, ale też przed „pełnoprawnymi” członkami ekipy, którzy nigdy nie dzielili posiłków czy toalet z „dziwolągami”. Następnie gotowy film reklamowano hasełkami godnymi właśnie tanich, lunaparkowych pokazów krążących po wsiach, typu: „Najdziwniejsza, najbardziej wstrząsająca ludzka historia, jaką kiedykolwiek wyświetlano! Czy boisz się uwierzyć w to, co widzą twe oczy?”. To jednak wystarczyło, by na premierowe seanse publika waliła drzwiami i oknami.

Dopiero po trzydziestu latach zgodzono się wpuścić film do oficjalnej dystrybucji.

Ostatecznie budżet rzędu 350 tysięcy dolarów nie zdołał się jednakże zwrócić, gdyż po pierwszych opiniach dzieło Browninga z miejsca okrzyczano niegodnym i obrazoburczym. Widzowie mdleli, krytycy nie zostawiali na twórcach suchej nitki, a władze poszczególnych miast i stanów zaczęły wpisywać Dziwolągi na listę utworów zakazanych, gdzie w niektórych przypadkach figurują do dziś (sic!). Nie lepiej było po drugiej stronie oceanu – w Wielkiej Brytanii dopiero po trzydziestu latach zgodzono się wpuścić film do oficjalnej dystrybucji, a i to dopiero po przyznaniu mu najwyższej możliwej kategorii wiekowej – X. Kompletnie nieprzygotowani na taki obrót spraw – jak i w ogóle na to, co przyrządził im Browning w pierwszej kolejności – producenci postanowili swoje własne dzieło ostro ocenzurować (niesławny Kodeks Haysa jeszcze ich nie dotyczył).

I tak pod nóż poszło blisko pół godziny (!!!) różnorakich sekwencji, ostatecznie nigdy już nieodzyskanych, obecnie nieistniejących w jakiejkolwiek formie, pomimo wielu prób ich odnalezienia. Całość okaleczono do zaledwie 64 minut, co też niekiedy widać aż za bardzo, wiele scen ucina się bowiem w trakcie ruchu bez zachowania jakiegokolwiek ciągu przyczynowo-skutkowego, a część wątków pobocznych zwyczajnie się urywa. Chciano też na kilka różnych sposobów zmienić słodko-gorzkie, mimo wszystko, zakończenie. Nie pomogło. Sprowadzony do roli zaprezentowanych przez siebie, tragicznych (acz pełnych energii) postaci film nie tylko szybko wycofano z kin, ale też niemal kompletnie się go wyrzeczono. A nawet sprzedano pierwszemu lepszemu nabywcy za niezbyt wygórowaną kwotę.

Tak celuloidowy bękart – zbyt okropny, obraźliwy i zwyczajnie za brzydki dla codziennej gawiedzi – trafił do podziemi, gdzie z czasem zyskał sobie status kultowego tytułu na nocnych maratonach, popularnych zwłaszcza w latach 60. i 70. poprzedniego stulecia. Mało tego! Na bazie swojej niechlubnej reputacji aż dwukrotnie został przerobiony na bardziej współczesne produkcje. Wpierw w 1967 powstało mocno B-, a nawet Z-klasowe She Freak, a pięćdziesiąt lat później równie niesławne studio Asylum nakręciło Freakshow. Oba wprost koszmarne – tak pod względem formy, jak i treści – w złym tego słowa znaczeniu i, jak nietrudno się domyślić, kompletnie zatracające nie tylko ducha, ale i sens oryginału.

Jak by bowiem nie patrzeć i cokolwiek by nie sądzić o dziele życia Browninga, to ma ono o wiele większe ambicje niż tylko zadziwianie gawiedzi ludźmi bez kończyn i/lub wyśmiewanie ich wyglądu dla własnego dowartościowania się. To swoista przypowieść, którą przyrównać można do dawnych – i wciąż jakże aktualnych, pasjonujących – baśni braci Grimm. Świadczy o tym już chociażby sam prolog, w którym historia Hansa i jego nieodwzajemnionej miłości jest przywoływana przez osobę trzecią, po części w ramach wstępu do pokazu osobliwości, ale też i ku przestrodze. Żeby nie szukać daleko, podobnym rozwiązaniem i wywołanym przezeń efektem posłużyli się w jednym z odcinków twórcy Czarnego lustra.

Wielka szkoda, że zamysł Browninga nie został zrozumiany – szczególnie że jego Dziwolągi, choć czarno-białe, niemal cały czas oscylują w sferze szarości oraz towarzyszącej jej niepewności poczynań u jednych i u drugich bohaterów. Niestety wydźwięk film został koncertowo zarżnięty, a jego sedno przepadło nie tylko pośród kolejnych cięć, ale przede wszystkim w wyniku fatalnej reklamy i ataku zbiorowej paniki, godnej pamiętnej adaptacji Wojny światów Orsona Wellesa. Z tą różnicą, że w tym wypadku szum wokół filmu nie pomógł jego twórcy. Browning podzielił los swoich wynaturzonych dzieci, które dosłownie zabiły mu karierę. Reżyser zmuszony był odejść na emeryturę kilka lat później i resztę życia spędził w odosobnieniu, samemu stając się wybrykiem natury. W przeciwieństwie do swojego filmu kompletnie w dodatku zapomnianym. I to dopiero jest prawdziwie przerażające kuriozum.

Ostatnio dodane