Czarno na białym

DUCH I PANI MUIR

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Wydarzenia przedstawione na ekranie rozgrywają się na przełomie XIX i XX wieku – u schyłku epoki wiktoriańskiej. I choć nie zobaczymy tu angielskich miejscówek, to i tak jest na czym oko zawiesić. Piękne dekoracje wnętrz w połączeniu z nadmorską scenerią mogą sprawić, że każdy, kto film obejrzy, zamarzy o takiej posiadłości nad morzem. Dużą rolę w tej opowieści (szczególnie jeśli chodzi o metamorfozę głównej bohaterki) odgrywają wspaniałe kostiumy noszone z wdziękiem i gracją przez Gene Tierney. Zostały one zaprojektowane przez jej ówczesnego męża Olega Cassiniego, projektanta o rosyjsko-włoskich korzeniach. Nie ma w tych strojach żadnych dekoltów, tylko wiktoriańska elegancja i styl, a guziki pozapinane są pod samą szyję.

Pewnie gorzej by się ten film zestarzał, gdyby nie miał w obsadzie charyzmatycznych aktorów. Piękna Gene Tierney to przede wszystkim niezapomniana Laura Hunt z filmu Premingera, tajemnicza dziewczyna z portretu, obiekt pożądania wielu mężczyzn. Ale do jej najlepszych ról należy również wykreowana w filmie Mankiewicza Lucy Muir – kobieta wytworna o buntowniczym charakterze, ale i romantycznej duszy, która ujawni się u niej pod wpływem niezwykłego domu należącego do kapitana marynarki. Rex Harrison w roli owego marynarza to również strzał w dziesiątkę (potem pracował z Mankiewiczem jeszcze trzykrotnie, m.in. wcielając się w Juliusza Cezara). Kapitan Gregg w interpretacji Harrisona to człowiek, który pod maską szorstkiego wilka morskiego ukrywa tęsknotę za życiem, za morzem, za męską przygodą. Nie potrafi pogodzić się z tym, że to wszystko zostało mu odebrane i zmuszony jest oglądać morskie fale zza okna swojej posiadłości.

Nie brakuje humorystycznych wątków celnie uderzających w kobiecą próżność, pruderię, naiwność.

Tę parę coś jednak łączy. Dla niej nadmorska rezydencja jest tym samym, czym okręt dla kapitana. Jest przystanią, gdzie można dużo rozmyślać, zanim na horyzoncie pojawi się cel wędrówki. Nie brakuje humorystycznych wątków celnie uderzających w kobiecą próżność, pruderię, naiwność. Wspomnę o takiej scenie: dama ucieka z nawiedzonego domu, przytrzymując swój żałobny kapelusz z czarnym welonem. Bo nawet w chwilach lęku musi zachować fason. Albo gdy się rozbiera przed snem, musi zakryć portret kapitana. Bo nawet na obrazie męski wzrok wygląda pożądliwie. Męski szowinizm i hipokryzja też zostały wyśmiane. W opozycji do gburowatego marynarza scenarzysta, oprócz szowinistycznego wydawcy i lękliwego agenta nieruchomości, wprowadził postać fałszywego dżentelmena, który swoim postępowaniem obnaża kobiecą prostoduszność. Tę postać dość emfatycznie odegrał mistrz drugiego planu George Sanders (na jego pojawienie się trzeba jednak poczekać prawie godzinę).

W złotej erze Hollywood dużą rolę odgrywała muzyka. Do czołowych amerykańskich kompozytorów tamtych czasów należał Bernard Herrmann, który w soundtracku do omawianego utworu zawarł grozę, melancholię, romantyzm i zasugerował przenikanie do rzeczywistości mistycznych zjawisk. Znany ze współpracy z Alfredem Hitchcockiem kompozytor zaliczał ten soundtrack do swoich najlepszych dokonań. Duch i pani Muir, mimo iż powstał w wielkim studiu hollywoodzkim 20th Century Fox, różni się od tego, do czego przyzwyczaiło widzów amerykańskie kino tamtych lat. Reżyser kpi ze stereotypów gatunkowych, by zaskoczyć miłośników melodramatów i filmów grozy. Pokazuje, że burza, nawet ta najstraszniejsza, może być zapowiedzią lepszego jutra. I czyni to mądrze, bez tandetnych i dziecinnych zagrywek. Jako ciekawostkę można dodać, że w latach 1968–70 w amerykańskiej telewizji wyemitowano 50-odcinkowy serial pod takim samym tytułem.

Ostatnio dodane