Czarno na białym

DRAPIEŻNE MALEŃSTWO. Lamparcia erotyka według Howarda Hawksa

A może potrzeba nam filmów, które nie jawią się jako ezoteryczna rozrywka, tylko bliżej im do filuternej prostoty, do fikuśnych rozwiązań, do aroganckiego komizmu. Prawdę mówiąc, wszystko to jest gdzieś głęboko zakorzenione w naszej psychice.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Hepburn, Grant, miłość, i tak w kółko

Falsyfikat miłosny to taki, który najczęściej objawia się tuż przed jakimś hucznym wydarzeniem – choćby weselem, gdzie jeden z partnerów w jakiś niecny, czasem groteskowo-lapidarny sposób, w ostatniej chwili wyłamuje się z tych całkiem krępujących obietnic. W Drapieżnym maleństwie Howard Hawks takiego osobnika ratuje. Śpieszy z odsieczą, stosuje własną lamparcią erotykę, wrzuca go w wir fikuśnych wydarzeń, które – wyjątkowe, bardzo widza pociągające – oznajmiają bohaterowi, że prawdziwa miłość przychodzi w najmniej oczekiwanej chwili. I że nie do końca musi być bajkowa – balansuje gdzieś pomiędzy szczerym uczuciem a nietypowym przykładem syndromu sztokholmskiego, co z Drapieżnego maleństwa robi kuriozalną propozycję pełną wigoru i pamiętnych sekwencji. Tak naprawdę kilku, bo jak to mówił sam reżyser: „Udany film składa się z trzech dobrych scen, nie posiada zaś żadnej złej”. W tym wypadku jego własny cytat się zgadza, aczkolwiek poszerzmy go nieco: film z Carym Grantem i Katharine Hepburn składa się z kilku bardzo dobrych scen, nie posiada zaś żadnej złej, a do tego ma naprawdę przebiegły scenariusz.

Gombrowicz, Różewicz i Pilch razem wzięci zazdrościliby pokładów tej dokuczliwej groteski.

W momencie, gdy człowiek miota się, kiedy następuje całkowity zanik skupienia, a myśli wiodą ku innym instancjom, ten uczuciowy plagiat zostaje zdemaskowany. Ujawnienie tej swoistej pomyłki skutkuje wrzaskami. Nie jest to jednak harmider byle jaki, wyróżnia się obrzydliwie niepojętym darciem gardeł, niespodziewanym atakiem paniki, bowiem ta cała demaskacja staje się okolicznością tak niespodziewaną (może jedynie podświadomie oczekiwaną przez którąś z bardziej rozumnych, mniej emocjonalnych osób), tak niewygodną, tak uciążliwą, że diabeł nie musi czekać, momentalnie uwalnia z piekielnych klatek ludzkie demony. Te natomiast, zazwyczaj poukrywane w oparach ciągłej złości i zestresowania, urzeczywistniają najgrzeszniejsze myśli, doprowadzają do absolutnej tragifarsy, do incydentów tak karykaturalnych, że Gombrowicz, Różewicz i Pilch razem wzięci zazdrościliby pokładów tej dokuczliwej groteski. Soczyste uderzenia w policzek, finansowa klapa, uśmiech cynicznych gości i płacz przyszłych teściowych, psotniki Mefista nie znają litości. Rzecz jasna to tylko jeden z licznych scenariuszy, bo złe duchy nieustannie nad nami czuwają, jedynie szukają nieznośnych zdarzeń, by z bystrością umysłów płatać nam figle.

W tym momencie niezbędne będzie wytężenie własnych pokładów imaginacji i wyobrażenie – a może i uzmysłowienie? – sobie, iż takim okrutnym Belzebubem dla Cary’ego Granta staje się Hawks. Dzień przed ślubem wysyła na jego drogę psotnicę miłosną, najgorszy sort diablicy. A on, Bogu ducha winien antropolog Dr. David Huxley (już wiecie, skąd Marta Kauffman zaczerpnęła pewną inspirację!), pragnie tylko i wyłącznie spokoju. Żyje w tym swoim usystematyzowanym, roboczym dniu świstaka i może nie wydaje się do końca szczęśliwy, ale takowy tryb mu najwidoczniej odpowiada – lub przynajmniej tak mu się wydaje. A ta psotnica nie dość, że denerwuje, bryka, psuje, figluje, to jeszcze pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach i zawsze nakazuje do siebie wracać. Susan Vance w wykonaniu Katharine Hepburn pewno zdawać się będzie nierozgarnięta (jest niczym żeńska wersja Henry’ego Fondy z Lady Eve), ale co ona wyczynia z tym biednym Grantem!

Najpierw – psuje mu auto, potem burzy nastrój eleganckiego wieczoru, ciągle do czegoś doprowadza; nieprzerwanie hasa wokół niego niczym sarenka, odbiera smak dotychczasowego życia, ten stonowany naukowiec nie ma żadnych szans w starciu z takim szkodnikiem. „Dotychczasowego”, ponieważ nie będzie takie samo, ta zła kusicielska siła zostaje już z nim, przyssała się, mocno się przyssała, a ona – sama zakochana od pierwszego wejrzenia – tworzy dziwaczne scenariusze, by utrzymać doktorka przy sobie. Nieudolna, roztargniona, ale jakby czarowała go swą magiczną różdżką, ta jej lamparcia erotyka wrze, ona się kotłuje, grzmi! Cary Grant nie ma szans z nabuzowaną Hepburn. Nawet kiedy Huxley myśli, że kłopoty są za nim, te dopiero mają się rozpocząć. Susan posiada lamparta, a ten uosabia jej frywolną egzotykę, jej kocie gesty, którymi nieraz prześladuje głównego aktora. Zwierzę jedynie dopełnia obraz pełnej rozpaczy Huxleya, wokół niego Hawks w większości kluczy, staje się ono jednym z głównych elementów fabuły, uwydatnia przy tym gwałtowny temperament pani Vance. Wszakże, widzu zazwyczaj roztropny i uważny, nie daj się zwieść. Prawdziwe drapieżne maleństwo nie musi wcale należeć do rodziny kotowatych.

Zatem mistrz różnych gatunków prezentuje miłość algedoniczną, taką czasem niewdzięczną, wywołuje bowiem tyle niepokoju w Grancie, co uśmiechu na twarzy. Na pozbycie się samych udręk Doktor Huxley ma szansę, a te ambarasy wynikają głównie z jego życiowego nieprzystosowania się, z tej konserwatywnej maniery, która buduje bariery, nie pozwala na wyjście poza pewną „bezpieczną strefę”. Hawks – ten czart parszywy – zmuszony zostaje, choćby dla filmowego uwydatnienia dwóch przeciwstawnych sobie charakterów, do umiejscowienia w życiu Huxleya szalonej Susan Vance. Wprowadza to do jego dnia codziennego powiew świeżości, coś, co pozwoli mu wyjść z tej ograniczającej klatki, tej maski powściągliwego antropologa. Następuje dialog między dziełem a twórcą, w konsekwencji widzimy tu obustronne wychodzenie poza pewne konstrukcje, jako że Howard buduje nowy rodzaj screwballowej komedii, a Huxley zamienia dotychczasowe priorytety. Każdy z nich ostatecznie wychodzi z tych osobliwych wojaży zwycięsko, triumfuje, przekraczając swój własny Rubikon; niezależnie, czy dotyczyć on będzie sfery filmowej, czy życiowej, i tak stanie się zwycięski.

I coś w tym jest, że reżysera nazwać możemy Bułhakowskim Mefistem, bo pomimo zła wyrządzanego przez jego psotnicę efekt pozostaje nad wyraz komiczny i warty grzechu. Na ekranie dzieje się wiele, ta widowiskowa paradność cieszy co niemiara, a znakomicie wyważone tempo pozwala odbiorcy odczuwać lamparci erotyzm. Romantyczność według Howarda Hawksa, choć egzotycznie tłamsząca, na warsztat bierze kwintesencję prawdziwego uczucia. Ta wiwisekcja z minuty na minutę staje się czymś więcej niż hollywoodzką laurką. Jest niczym najczulsze kocie mruczenie.

 

Ostatnio dodane