Recenzje

RANY. Netfliksowa porażka stopnia pierwszego

Dawno nie widziałem tak spartaczonego scenariusza. Jak by to powiedzieli Brytyjczycy: „hilarious, pathetic title”.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Karaluchy pod poduchy

Rany to ten rodzaj horroru, który ma swoje momenty. Tak ze dwa, może trzy. Chwilami to dobre straszydło, ale tylko przez kilka minut, jako że szybko okazuje słabość w prowadzeniu historii. Scenariusz zawodzi, a sposoby wywoływania gęsiej skórki są tragiczne. Główną rolę gra tutaj nagłośnienie, dziwnie przeprowadzony montaż, jakieś chwyty na zasadzie żenujących jump scare’ów. Nie gra jej niestety koszmar ani przemyślany motyw główny. Rany są filmem zupełnie nietrafionym, wywołującym śmiech na sali. A to żadna komedia, tylko kręcony na poważnie horror o średniowiecznych rytuałach i pradawnych księgach, które, przypomniane światu przez grupkę młodzieży, zaczynają zagrażać życiu pewnego barmana. A wszystko to przez komórkę znalezioną po krwawej bójce pewnego upojnego wieczoru.

Will otrzymuje niepokojące wiadomości, ma zwidy, znajduje w pamięci przedziwne filmy. Tyle razy to widzieliśmy, że aż strach się bać!

Główny bohater, Will (Armie Hammer), wiedzie nie do końca szczęśliwe życie. Praca zaczyna go nużyć, partnerka (Dakota Johnson) chyba przestała go kochać, dziewczyna, która jest dla niego odskocznią od rzeczywistości, już kogoś ma. Will niby posiada to, o czym niektórzy mogą sobie pomarzyć, ale potrzebuje pewnej przerwy od prowadzonego dotychczas życia. Podczas jego nocnej zmiany w barze dochodzi do konfliktu między dwoma drabami. Obok nich grupka dzieciaków nagrywa cały materiał na telefon. Bójka przyjmuje coraz gorszy obrót. Wezwana zostaje policja, wszyscy uciekają z baru, zanim władze zdążą przybyć na miejsce. Pozostaje komórka, którą Will zabiera do domu, jako że jest człowiekiem honoru. No, prawie, bo zamiast oddać ją policji, postanawia się nią pobawić. Na początku pojawiają się wokół niego karaluchy, Następnie wyzwala jakieś piekielne demony czy inne złe średniowieczne siły. Głos przy połączeniu mówi: „zostałeś wybrany”. Żebyśmy to jeszcze wiedzieli dlaczego, po co, jako kto… Will otrzymuje niepokojące wiadomości, ma zwidy, znajduje w pamięci przedziwne filmy. Tyle razy to widzieliśmy, że aż strach się bać!

Aktorzy

Najcięższym grzechem Ran jest ich niepojęta, wręcz zatrważająca głupota.

Najcięższym grzechem Ran jest ich niepojęta, wręcz zatrważająca głupota. Zdaję sobie sprawę, że czepianie się tego rzeczy w horrorach to pedantyczna maniera oceniającego filmy, ale tutaj ona odpycha widza. Niestety, robi to z szybkością ciągu geometrycznego, błędy scenariuszowe mnożą się w coraz to większych skalach. Bohater Armiego Hammera to – mówiąc prostymi słowami – imbecyl, zachowujący się przede wszystkim w sposób dziwaczny i niepojęty. Dlaczego nie odda telefonu policji? Czemu odkrywane przez niego tajemnice, choć przerażające, tak bardzo go pociągają? Na te i inne pytania nie znajdziemy odpowiedzi. Najstraszniejsze w tym wszystkim będzie i tak dziwaczne uczucie, które towarzyszy widzowi – kompletnie nie wiemy, czego się spodziewać. I nie, nie zaliczam tego na plus. Wybory postaci i marne zwroty akcji prędzej pozostawiają nas z wrażeniem, że warto było zostać w domu i samemu pobawić się z jakimiś starożytnymi księgami. A nuż skorzystalibyśmy na tym bardziej.

Martwi mnie usilne wprowadzenie wątków społecznych w tym filmie – horror, przez który przechodzi para, staje się również pretekstem do konfrontacji z ich związkowymi problemami. Przypomina to zatem gorszą wersję Midsommar, gdzie ten motyw działał i naprawdę dobrze wybrzmiewał. Twórcy postanowili pobawić się tym aspektem Ran, ale wyszło to komicznie, wręcz karykaturalnie. Wizja horroru, który staje się pretekstem do rozliczenia ze złymi demonami związku, na papierze brzmi przyzwoicie, natomiast w najnowszym produkcie Netfliksa przyprawia nas o zażenowanie. Płasko napisane postacie wcale nie pomagają – dialogowo stoją na poziomie nastolatków, a ich problemy nie są naszymi problemami. Są wyimaginowane. Jak cała piekielna otoczka Ran.

Wounds

Koniec końców, jako że to film o parach, jest także dla par. Denny, o niczym, za to pozwoli się wam zintegrować i zacieśnić więzy. Bo po godzinie nikt nie będzie interesował się akcją na ekranie. Aktorzy coś tam powrzeszczą, tu trochę krwi, tam prędkie przejścia, by wystraszyć widza. Wszystko to jakieś błahe, bez wyrazu. Szkoda, bo pierwsze minuty zapowiadały niezłe straszydło. A tu taka przykra niespodzianka…

Ostatnio dodane