Recenzje

RANDKI OD ŚWIĘTA. Świąteczna komedia romantyczna Netflixa

Autor: Krzysztof Nowak
opublikowano

Ona – szczęśliwa singielka, jak sama się określa, kąśliwa i mająca po uszy prób zeswatania jej z kolejnymi mężczyznami. On – zapalony golfista, równie kostyczny, a obecnie świeżo po nieudanym krótkoterminowym związku z wyjątkowo natarczywą kobietą. Kiedy ta dwójka spotka się w centrum handlowym, iskry posypią się już przy pierwszych utarczkach. Nie dajcie się jednak zwieść – między wymienianymi obelgami i uszczypliwościami czai się subtelna flirciarska gra, którą będą prowadzić ze sobą na każdym kroku. Jak to wszystko się skończy? Myślę, że znacie odpowiedź.

W gruncie rzeczy we wstępie dokonałem częściowego streszczenia fabuły, ale na potrzeby recenzenckie rozbuduję nieco ten skrótowy opis. Otóż Sloane (Emma Roberts) i Jacksona (Luke Bracey) łączy identyczny problem: chcą spędzać święta z partnerem, lecz go nie mają. Rozwiązanie nasuwa się samo – czemu nie mieliby świętować razem! Rozpoczynają więc relację nazywaną w ramach filmu „holidate”, czyli po prostu stają się swoimi partnerami na czas świąt – od sylwestra, przez Halloween, po Dzień Niepodległości. Naturalnie ta cyniczna z początku więź stopniowo rozwija się w zażyłość, by następnie przejść w bardziej romantyczne rejony wspólnego spędzania czasu. Skądś to znacie, prawda?

Nie da się bowiem ukryć, że Randki od święta wpadają we wszystkie możliwe szufladki tego typu produkcji. Mimo że autorzy, John Whitesell i Tiffany Paulsen, zapewne zdając sobie sprawę z szablonowości własnego filmu, co jakiś czas wsuwają w usta bohaterów komentarze sugerujące świadomość konwencji, to jednocześnie raz za razem prezentuje nam się rozwiązania, które widzieliśmy już setki razy. Matka-swatka próbująca przekonać córkę do zejścia się z lekarzem? W tej roli Frances Fisher. Przesadnie sarkastyczni główni bohaterowie? Na miejscu. Motyw sympatii psującej zadaniowość relacji? Odhaczony. Zdroworozsądkowa dziewczynka, podsuwająca protagonistce dobre rady? Oczywiście. Obowiązkowa przemowa w miejscu publicznym? Bez tego by się nie obyło. Twórcy muszą nauczyć się, że samoświadomość w żaden sposób nie usprawiedliwia schematyczności.

Tym bardziej, gdy ta wydaje się skrupulatnie wypełnionym arkuszem kalkulacyjnym. Zgromadzone tutaj elementy składają się na produkcję, która w domyśle ma trafić do każdego. Widać to choćby w problemach tutejszych bohaterów, jako że rodzinne tło Sloane można uznać za miniprzekrój najczęściej trapiących związki bolączek. Znajdziemy więc zarówno kłopoty z ustatkowaniem się, jak i poczucie zaniedbywania przez życiowego partnera czy wrażenie zbyt małej wiedzy o nim. Dodajmy do tego wszystkie grupy wiekowe w obsadzie, a otrzymujemy typowy rom-com z Walmartu, będący bardziej komercyjnym produktem niż spełnieniem wizji artystycznej. Nie dajcie się również zwieść otoczce – Gwiazdka stanowi jedynie klamrę kompozycyjną całości, gdyż większość akcji rozgrywa się w trakcie trwania innych amerykańskich świąt.

Dotychczas pisałem o najnowszym filmie Netflixa w bardzo krytycznym tonie, jednak prawda jest taka, że może on się podobać. Realizuje swoje zamierzenia sprawnie i nawet jeśli próżno od niego wymagać oryginalności, to fani świątecznych komedii romantycznych (choć, jak zaznaczyłem, świąteczność jest tu zaledwie pozorna) powinni być zadowoleni. Zadowolenie może zaś wzrosnąć, gdy kupi się urok pary głównych aktorów, którzy starają się dodać ikry zbyt często sztucznym dialogom. Niestety ja do samego końca nie mogłem przestać postrzegać postaci granej przez Luke’a Braceya jako pewnej wariacji na temat Thora Hemswortha – w czym nie pomaga fakt, że obaj aktorzy są Australijczykami. Za to kreacja Emmy Roberts na plus, choć scenariusz jej tego nie ułatwia.

Najbardziej kontrowersyjny wydaje mi się wybrany rodzaj humoru. O ile slapstick i sarkastyczne uwagi to także swego rodzaju element podgatunku, o tyle zaskakuje to, jak wiele z nich krąży wokół seksu. Niemal na każdym kroku bohaterowie komentują rzeczywistość w oparciu o swoje seksualne doświadczenia, a co jakiś czas ma miejsce scena będąca oczywistą aluzją – z jedzeniem czekoladek w samochodzie kwitowanym jednoznacznymi odgłosami na czele. Ba, zdarza się, iż dowcip skręca w wyjątkowo niespodziewane rejony, racząc nas widokiem np. oderwanej części ciała. Mam wątpliwości, czy tego typu wulgarność – przywodząca na myśl współczesną wersję Słonecznego patrolu, a nie okołoświąteczny romans – aby na pewno tu pasuje.

Wątpliwości nie mam zaś co do tego, że Randki od święta spełniły oczekiwania decydentów odpowiedzialnych za zatwierdzenie projektu. Obecna na każdym kroku dywersyfikacja daleka jest w moim mniemaniu od przypadkowości i składa się na idealny produkt ramówki ostatniego kwartału – trochę komedii, trochę romansu, parę znanych publice twarzy i ogrom tego, co widzieliśmy już setki razy, ale nie zaszkodzi zobaczyć raz jeszcze. Moja ocena wynika właśnie z tego – z bijącego z każdego kadru twórczego wyrachowania – więc nie sugerujcie się nią zbytnio. Jeżeli nastawicie się na mało ambitny, ładnie nakręcony, przewidywalny rom-com, prawdopodobnie skończycie seans usatysfakcjonowani. W końcu nie od dziś wiadomo, że wszystkie święta i tak są skomercjalizowane.

Ostatnio dodane