Recenzje

RAJ DLA PAR (2009)

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Judd Apatow to fajny reżyser, który udowadnia, że amerykańskie komedie nie taplają się jeszcze po uszy w bagnach Dagobah. Co ma wspólnego Apatow z filmem Billingsleya? Nic, ale warto obejrzeć jakiś jego film i dobrze się bawić, zamiast obcować z dziełem, które przytrzymuje tylko głowę całemu gatunkowi we wspomnianym wcześniej bagnie.

Straszną bolączką filmu jest też powtarzalność gagów.

Film przedstawia historię kilku zaprzyjaźnionych ze sobą par, które postanawiają razem wyjechać na urlop do specjalnego ośrodka, prowadzonego przez niejakiego Marcela. W sumie to cała wycieczka zorganizowana jest dla ratowania związku Jasona Batemana i Kristen Bell, a reszta chce się tylko dobrze bawić. Na miejscu okazuje się jednak, że aby móc pozostać w Edenie, cała grupa będzie musiała poddać się specjalnej kuracji, która ma za zadanie uratować ich związki, nawet, jeżeli uważają, że nie trzeba ich ratować. Nie ma więc w scenariuszu nic zaskakującego, a zakończenie jest dokładnie takie, jakiego spodziewacie się po przeczytaniu opisu.

Film ma dwie wielkie wady. Jest potwornie odgrzewanym kotletem i nie bawi, co zabija go jako komedię. Naprawdę, aż nie mogłem się nadziwić ile do jednego obrazu można wpakować kalek znanych z miliarda innych filmów. Wszystko to już było setki razy i film nawet nie stara się udawać czegoś innego. Ok, to jednak coraz częstszy przypadek, że autorom nie chce się już wymyślać niczego nowego w kwestiach fabularnych, ale takie filmy ma ratować humor i dialogi, prawda? Tu dostajemy worek ogranych żartów, do tego są one nakręcone dosyć żenująco. Kilka rzeczy miało potencjał na naprawdę dobre gagi, ale zostały zarżnięte przez słabą reżyserię. Głównie piję tutaj do długiej sekwencji „włamania”, która została okraszona straszną familijną kliszą

Dialogi i sytuacje są pozbawione chemii. Niby scenariusz został napisany przez Jona Favreau, Vince’a Vaughna i Dane Fox, którzy mają jakieś koleżeńskie konszachty, ale jeżeli to prawda i chcieli jakieś swoje osobiste rzeczy wnieść do filmu, to ja mam nadzieję, że moi znajomi nie są tak sztywni. Niski poziom scenariusza mnie dziwi, bo Favreau to całkiem niezły reżyser. Może jednak lepiej będzie, jeżeli przy reżyserii zostanie. Straszną bolączką filmu jest też powtarzalność gagów. Większość jest strasznie słaba, a reżyser raz po raz przedstawia je nam na nowo. Typowym przykładem niech będzie scena, w której syn Vaughna sika do sklepowego sedesu. Po godzinie dostajemy tą sama scenę ale tym razem synek robi do tegoż sedesu kupę. I to jest dokładnie tak śmieszne jak właśnie przeczytaliście. Innym dobrym przykładem jest powtarzanie sytuacji z chcącym się masturbować Favreau. Ot, po prostu dostajemy reżysera Iron Mana, który ma zamiar się masturbować. I sytuacja ta jest sednem całej dłuższej sceny. Dwukrotnie. Apatow czy Smith mogliby takie rzeczy nakręcić całkiem zabawnie, ale tutaj przypomina to resztę filmu, czyli…hmmm… ejakuluje zażenowaniem? Warto wspomnieć, że raz prawie byłem zaskoczony, gdy pojawiła się scena pojedynku w grę Guitar Hero miedzy dwoma bohaterami. Pomysł z ogromnym potencjałem, prawda? I co dostaliśmy? Dwóch podstarzałych facetów, którzy po prostu grają w Guitar Hero. Bez szczególnych udziwnień, bez sytuacji komediowej. Ten film jest cały upiększony takimi zwiędłymi kwiatkami.

Trzeba jednak przyznać, że przy marności całego filmu dostajemy kilka poprawnych ról. Bo to przecież głównie obsada przyciągała do oglądania (i trailer, który kłamie, pokazał wszystko, co ciekawe i ukradł moje pieniądze. Dziad!). Favreau oprócz grania spersonifikowanych hormonów wszystkich nastolatków jacy zagrali w filmach Johna Hughesa, ma tutaj jeszcze całkiem przyjemną rolę i na szczęście nie dostosował się do drewnianych. kolegów. Jako jedyny z głównych bohaterów został prawdziwym chłopcem. Momentami powtarza swoją rolę z „I Love You, Man”, ale to w sumie plus. Do tego wątek jego pary jest jedynym interesującym, bo miedzy nim i Kristin Davis coś się dzieje. Reszta w telegraficznym skrócie, bo nic ciekawego nie pokazali i nie myśleli nawet żeby wychodzić poza utarte schematy. Vince Vaughan jest średni, Malin Akreman pokazuje, że aktorką jest słabą i dobrze wygląda w bikini, Kristin Bell jest słodka i dobrze wygląda w bikini, Davis ładnie wygląda w bikini, o Faizonie Love i Kali Hawk chcę po prostu zapomnieć. Miłym akcentem są przy tym role epizodyczne, momentami naprawdę dobre, które niestety głównie opierają się na mówieniu z zabawnym akcentem albo tym, że widzimy takiego twardziela jak Jean Reno w stylistyce dziecka kwiatu.

Film ma więc ładne panie w bikini, ładne krajobrazy, miłą muzykę debiutującego w Hollywood i Oscarowego A. R. Rahmana, potwornie słabą fabułę i niesamowicie bolesny brak czegoś, co mogłoby wywołać u widza uśmiech, co przekreśla go w gatunku, pod który jest podpięty. Teraz możecie zapomnieć o tej recenzji, filmie i włączyć sobie coś wspomnianego Apatowa albo na przykład Richarda Curtisa.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane