Recenzje

RAIDERS!: THE STORY OF THE GREATEST FAN FILM EVER MADE. Spełnione marzenie

Chrisowi, Ericowi i Jaysonowi udało się w porę zrealizować wspólne dziecięce marzenie. Ich film stał się najpierw VHS-owym, a potem festiwalowym hitem.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Uwielbiacie Poszukiwaczy zaginionej Arki Stevena Spielberga? Ja uwielbiam, tak samo jak Eric, Chris i Jayson – trzej znajomi z dzieciństwa, którzy w latach osiemdziesiątych postanowili nakręcić remake pierwszej części przygód Indiany Jonesa ujęcie po ujęciu. Zajęło im to siedem lat, a ich amatorskie dzieło momentalnie stało się przebojem niszowych amerykańskich festiwali filmowych, takich jak, nieistniejący już niestety, Butt-Numb-A-Thon. W końcu dotarło nawet do samego Stevena Spielberga, który osobiście spotkał się z trójką swoich wielkich fanów.

W filmie chłopców brakowało jednak jednej, jakże ważnej, sceny, której nie potrafili nakręcić ze względu na ograniczenia związane z budżetem. Chodzi oczywiście o fragment, w którym Indy boksuje się na lądowisku z potężnym niemieckim żołnierzem, co kończy się efektowną śmiercią tego drugiego oraz eksplozją wojskowego samolotu. Po upływie niemalże trzydziestu lat Eric i Chris postanawiają dokończyć swój dziecięcy projekt. Towarzyszy im w tym ekipa dokumentalistów, której przewodzą Jeremy Coon i Tim Skousen.

I tak rozpoczęła się wielka (nowa) przygoda.

Wszystko zaczęło się jeszcze w latach osiemdziesiątych, zaraz po premierze Poszukiwaczy zaginionej Arki. Chris Strompolos i Eric Zala, zafascynowani filmem przygodowym Spielberga, postanowili stworzyć jego dokładną kopię, zatytułowaną Raiders of the Lost Ark: The Adaptation (pierwotnie projekt nosił, całkiem uroczą, nazwę: Raiders of the Lost Ark: Kids Version). Początkowo wszystkie sceny kręcili sami, głównie z pomocą brata Erica – Kurta, który łącznie wcielił się na potrzeby filmu w aż 48 różnych postaci. Wkrótce jednak chłopcy zorientowali się, że jeżeli chcą, aby ich monumentalne dzieło spełniało jakiekolwiek standardy, to będą potrzebowali pomocy z zewnątrz. Zaczęli więc werbować do scen zbiorowych chętnych kolegów ze szkoły. Do ekipy dołączył w tym czasie także Jayson Lamb – niesamowicie kreatywny młody chłopak, który zajął się problematyczną, ze względu na ograniczenia finansowe, kwestią efektów specjalnych. I tak rozpoczęła się wielka (nowa) przygoda.

Nie obyło się oczywiście bez kilku mniej lub bardziej groźnych wpadek, które bohaterowie wspominają po latach z nostalgią i uśmiechem. Z pewnością nie było im jednak do śmiechu, kiedy Eric trafił do szpitala po tym, jak jego twarz oblepiona została przez kolegów gipsem budowlanym. Całe szczęście dzięki błyskawicznej interwencji służb – Jayson zadzwonił bowiem prosto na policję, nie informując wcześniej o zajściu żadnego z rodziców – incydent skończył się jedynie na oderwanych brwiach. Największe problemy związane z projektem pojawiły się jednak po latach, gdy zebrana na nowo ekipa miała ostatecznie dokończyć film, uzupełniając go o scenę z wybuchającym samolotem. Padający dzień w dzień deszcz zmusił Erica do błagania szefa o przedłużenie urlopu, co skrzętnie zarejestrowała kamera Coona i Skousena.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że duet reżyserski w ogóle zdecydował się na dość ciekawy wariant konstrukcji swojego dokumentu. Akcja rozgrywa się w zasadzie w dwóch planach czasowych: pierwszym jest współczesność, obejmująca żmudne próby dokończenia życiowego projektu. Nieustannie jednak wypowiedzi poszczególnych bohaterów oraz rekwizyty (takie jak np. gigantyczna kamienna kula, która była wykonywana na potrzeby filmu aż pięciokrotnie) odsyłają nas do drugiego planu – cudownej przeszłości, kiedy to jeszcze wszystko wydawało się chłopcom możliwe, a żaden z nich nie był obarczony obowiązkami związanymi z pracą czy rodziną. Tym samym, chcąc nie chcąc, dokument Coona i Skousena opowiada nie tylko o historii realizacji “najwspanialszego filmu fanowskiego, jaki kiedykolwiek powstał”, ale również, podobnie jak chociażby goszczący teraz na ekranach polskich kin wspaniały film Binga Liu pt. Jutro albo pojutrze, o dramacie dorastania – nieuchronnym procesie, który odbiera nam dziecięce złudzenia i niespodziewanie wrzuca nas, kompletnie nieprzygotowanych, w pozbawione wolnego czasu dorosłe życie.

Chrisowi, Ericowi i Jaysonowi udało się jednak w porę zrealizować wspólne dziecięce marzenie. Ich film stał się najpierw VHS-owym, a potem festiwalowym hitem. Nie wiadomo jednak, czy to wszystko miałoby miejsce, gdyby nie Eli Roth – aktor i reżyser, znany chociażby z Bękartów wojny, który absolutnie zakochał się w projekcie trójki marzycieli. To on najpierw pomógł Raiders of the Lost Ark: The Adaptation dotrzeć na Butt-Numb-A-Thon, gdzie film cieszył się większą popularnością niż przedpremierowy pokaz nowej części Władcy Pierścieni, a potem dołożył starań, aby VHS-owa kopia trafiła do rąk the one and only Stevena Spielberga.

Dzisiaj na YouTube można odnaleźć kilka podobnych projektów – m.in. odtworzone ujęcie po ujęciu Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje (LINK) czy Shreka (LINK). Pionierem w tej materii pozostaje jednak, tworzony niejednokrotnie z narażeniem zdrowia, a nawet życia (vide niefortunna maska gipsowa albo scena wybuchu samolotu – podczas jej realizacji ucierpiał główny pirotechnik), projekt Erica, Chrisa i Jaysona – chyba rzeczywiście “najwspanialszy film fanowski, jaki kiedykolwiek powstał”.

Film dokumentalny Coona i Skousena znajduje się obecnie w polskiej ofercie Netfliksa. Jeżeli nieco bardziej zainteresowała was historia Erica, Chrisa i Jaysona, to gorąco zachęcam do odwiedzenia oficjalnej strony internetowej promującej ich niesamowity projekt (LINK).

Ostatnio dodane