Recenzje

PRZYPŁYW WIARY. Łopatologiczne, ale szczere kino religijne

Czemu to powstało? Bo reżyserka wierzyła, że powstać musi. Naiwna wiara bywa wzruszająca i autentyczna tylko wtedy, kiedy motywacja również taka jest.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Trudno robi się filmy o cudach, szczególnie tych medycznych. Dzieją się bowiem na świecie rzeczy, które z łatwością wpisują się w ten „drobny ułamek szansy”, co w połączeniu z wiarą postrzegane jest jako coś wręcz niemożliwe, ale kino zbyt często przerysowuje aspekt metafizyczny. W Przypływie wiary tego nie mamy – i wielkie to szczęście. Nie oznacza to jednak, że spotykamy się tutaj z dobrym kinem religijnym. Ta inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia byłaby lepsza, gdyby postarała się o więcej niż jedną dobrą kreację oraz mniej ckliwości.

Adoptowany syn Joyce wychowany jest w duchu szacunku do Boga oraz rodziny, choć nie można nazwać tego indoktrynacją. Chłopak dostaje od losu wiele, za co również wydaje się codziennie wdzięczny. Wiara staje się jednak najważniejszym aspektem w tej komórce rodzinnej dopiero po tragedii – dziecko podczas zabawy wpada bowiem pod przeręblę. Zamknięte przez kilkanaście minut pod lodem, trafia martwe do szpitala. Mały John ma jednak po swojej stronie niepoddających się rodziców oraz – jak uważa matka – równie odważnego przyjaciela co siła matczynej miłości, czyli Boga. Po 45-minutowej reanimacji okazuje się, że medycyna potrafi rozłożyć ręce wobec tajemnic ludzkiego ciała i być może – ducha. Aktorzy, którzy wcielili się w postacie pojawiające się na ekranie, wielokrotnie wspominają, że nie mogli uwierzyć, iż ta historia wydarzyła się naprawdę, niestety widz może mieć również z tym trudności z powodu realizacyjnych problemów.

Lód, po którym stąpają twórcy, jest cienki niczym ten, który stał się przyczynkiem do rodzinnej tragedii. Łatwo jest sprawić, że utrzymana w jasnych kolorach, pełna wyznań wiary oraz reżyserskiej pewności światopoglądowej (reżyserka, Roxann Dawson, jak głosi wieść, również wymodliła zdrowie dla swojego dziecka), popadnie w śmieszność. Przy takim rozdaniu można wpaść w pułapkę dydaktyczności i natrętnej religijnej agitacji, ale granica oddzielająca metafizykę od zwykłego życia przybliża jednak ten film do opowieści motywacyjnej, a nie współczesnej paraboli. Moc, którą niesie za sobą tego typu historia, nie wynika z natrętności, ale dobrych intencji. Pod tym względem ten surowy, nieco kwadratowy film wydaje się dziełem szczerym i potrzebnym, lecz wciąż połamanym. Dawson, pracująca dotychczas po drugiej stronie ekranu, głównie telewizyjnego, nie potrafi oszlifować swojego dzieła, nadać rozmowom między bohaterami autentyczności i odpowiednio zaakcentować pytań. Realizacja dialogów bywa męcząca, a drugi oraz trzeci plan wyglądają jak zgrupowanie zmęczonych statystów. Jedynie Chrissy Metz, która wciela się w matkę, stąpa pewnie po ekranie. Jej postać wypełniona jest ciepłem, bólem, determinacją, ale również stoickim spokojem, a między tymi wszystkimi stanami aktora przechodzi bez nuty fałszu i adekwatnie reaguje na niesamowitości przedstawione w scenariuszu.

Wkładając takie pokłady wiary oraz pewności siebie w jedną osobę, gdy w tle stoją kartonowe pudła pełne mało ważnych postaci (castingowym strzałem w stopę jest również syn, w którego wciela się Marcel Ruiz), mogłoby spłodzić postać przerysowaną i przeszarżowaną jak na tak pozbawione charakteru dzieło. Metz tymczasem gra z pewnością siebie i nie pozwala, aby widzowie zmęczyli się śledzeniem jej kolejnych aktów miłości do Boga. Gdy patrzy się na ten film jako na dramat matki w obliczu możliwości straty ukochanego dziecka – można ulec drobnym wzruszeniom, tym bardziej jeśli ma się jakiś osobisty punkt odniesienia.

Jest jednak coś w Przypływie wiary szczerego, niewynikającego z taśmowych zamówień na kino religijne, czego niechlubnym dowodem jest bardzo nieudany i recenzowany u nas niedawno film Miłość i miłosierdzie. W opisywanym tu dramacie, wyciskającym co prawda łzy w nieco manipulatorski sposób, ukrywa się jednak pierwiastek szczerości, który kumuluje się chyba najbardziej w intencji twórczej. Czemu to powstało? Bo reżyserka wierzyła, że powstać musi. Naiwna wiara bywa wzruszająca i autentyczna tylko wtedy, kiedy motywacja również taka jest. Tutaj to nawet jako tako działa. 

Ostatnio dodane