Recenzje

PRZYGODY TINTINA

Najlepszy film przygodowy od czasu Indiany Jonesa.

Autor: Piotr Żymełka
opublikowano

Naprzód, wspaniali!

Czy pamiętasz Czytelniku, kiedy ostatni raz poczułeś się w kinie, jakbyś cofnął się do czasów dzieciństwa? I przeżywał ukazane na ekranie wydarzenia, niemalże samemu w nich uczestnicząc? Kibicował bohaterowi, śmiał się gdy on się śmieje, siedział na krawędzi fotela, gdy on znajduje się w tarapatach, wspólnie z nim rozwiązywał zagadki i brał udział w fantastycznych przygodach dziejących się w odległych, egzotycznych miejscach? Ja pamiętam – wczoraj, na seansie Przygód Tintina.

Na niecałe dwie godziny całkowicie zapomniałem o otaczającym mnie świecie. Po prostu siedziałem z gębą wykrzywioną w uśmiechu i chłonąłem kolejne perypetie cwanego reportera, jego wiernego psa Milusia i ich przyjaciela kapitana Baryłki, którzy pakowali się w coraz to nowe tarapaty. Czułem się nie jak widz, ale jak pełnoprawny uczestnik wszystkich tych pościgów, bijatyk i strzelanin spiętych klamrą tajemnicy sięgającej daleko w przeszłość. I na równi z bohaterami pragnąłem poznać rozwiązanie, a także cieszyłem się z poznawania kolejnych prowadzących do niego faktów. A gdy film już dobiegł końca, natychmiast chciałem wziąć udział w kolejnej, równie ekscytującej przygodzie…

Steven Spielberg od wielu lat chciał zekranizować komiks o Tintinie. Pomysł pojawił się w 1981 roku, kiedy to po premierze Poszukiwaczy zaginionej Arki, jeden z recenzentów napisał, że postać archeologa-awanturnika bardzo przypomina protagonistę historii obrazkowych belgijskiego rysownika Herge’a (filmowcy złożyli autorowi hołd – artysta rysujący portret bohatera wygląda jak „prawdziwy” ojciec Tintina). Spielberg postanowił sprawdzić na ile prawdziwe jest powyższe stwierdzenie, nabył poszczególne tomy i od razu dostrzegł ogromny potencjał wymyślonych przez Belga opowieści. Nie mogąc jednak znaleźć satysfakcjonującego scenariusza, zajął się innymi rzeczami. Przez długie lata nic się w temacie nie działo, choć z projektem łączono znane osoby, na przykład Romana Polańskiego. Dużo później, bo już w nowym wieku, Spielberg ponownie zainteresował się Tintinem, chcąc film wyprodukować. Zadzwonił do Petera Jacksona z pytaniem, czy jego studio Weta Digital jest w stanie wykreować pieska Milusia. Jackson zasugerował użycie techniki motion capture i przekonał Spielberga do nakręcenia animacji. Wkrótce obaj panowie podjęli decyzję, by projekt stworzyć wspólnie.

Wspomnianą techniką parał się wcześniej między innymi Robert Zemeckis, ale zazwyczaj nic dobrego z tego nie wynikało. Na szczęście w przypadku Przygód Tintina zastosowanie kontrowersyjnej formy w żaden sposób nie wpływa na treść. Może osiągnięto już odpowiedni poziom techniczny, może Spielberg po prostu potrafi opowiadać historię i maskować niedociągnięcia, ale po seansie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że podjęta przez twórców decyzja wyszła filmowi na dobre. I dzięki niej mogły zostać ukazane wszelkie pomysły scenarzystów. A pomysłów mieli od groma…

Od pierwszej sceny zostajemy wciągnięci w niekończący się aż do napisów końcowych wir przygód, pędzący na łeb na szyję i nie pozwalający się nudzić ani przez chwilę.

Właściwa historia rozpoczyna się bez większych wstępów tuż po interesującej, animowanej czołówce, w której poznajmy wszystkie główne postacie, a jednocześnie w tle przewijają się zarówno kadry komiksowe, jak i zarys jakiejś wcześniejszej przygody. Całość w takt klimatycznego motywu muzycznego Johna Williamsa, budzącego chęć odkrywania tajemnic i podjudzającego wyobraźnię. Od pierwszej sceny zostajemy wciągnięci w niekończący się aż do napisów końcowych wir przygód, pędzący na łeb na szyję i nie pozwalający się nudzić ani przez chwilę. Nad wszystkim panuje sprawna reżyserska ręka i w żadnym momencie nie ma się wrażenia przesytu, albo poczucia, że coś tu nie pasuje – kolejne perypetie bohaterów mają swoje miejsce w fabule, stworzonej według sprawdzonej i obecnie już klasycznej formuły głoszącej, że koniec jednej kabały oznacza kolejną, większą i bardziej niebezpieczną. Ponadto intryga przewodnia posiada w sobie dostateczną siłę nośną, aby poszczególne dynamiczne i widowiskowe sceny akcji stanowiły jej integralną część, a nie tylko sposób, aby przemieścić postacie z jednej lokacji w drugą – chce się wiedzieć, co dalej, a napięcie wzrasta z każdą minutą aż do finałowego rozwiązania.

Czymże jednak byłoby kino przygodowe bez interesujących bohaterów, z którymi łatwo się identyfikować i kibicować podczas ich wojaży po dalekich krainach. W Przygodach Tintina bez wątpienia najciekawszą postacią jawi się kapitan Baryłka. Szorstki wilk morski o gołębim w gruncie rzeczy sercu, nie potrafiący dorównać chwale własnego przodka i przez to sięgający bez przerwy po butelkę, budzi sympatię i wprowadza sporo humoru swoim zachowaniem i komentarzami. Stanowi przy tym barwne przeciwieństwo nieco wyidealizowanego Tintina. Protagonista bowiem, to zbiór cnót wszelakich, erudyta o nieskazitelnych zasadach moralnych, a przy tym pomysłowy i nieustraszony młody dziennikarz, który zawsze i wszędzie wytropi tajemnicę i nie spocznie, dopóki nie znajdzie jej rozwiązania. Pomocą służy mu jego wierny i często ratujący go z tarapatów piesek Miluś, gotów iść za swoim panem w ogień. Grono pozytywnych bohaterów uzupełniają dwaj absolutnie niekompetentni detektywi Tajniak i Jawniak (głosy podkładają Simon Pegg i Nick Frost), których główne zadanie polega na rozśmieszaniu widza. Na szczęście scenarzyści nie przesadzili i para stróżów prawa pojawia się w odpowiedniej dawce, spełniając swoje zadanie i nie irytując.

Ktoś kiedyś powiedział, że główny bohater jest tym bardziej interesujący, im ciekawszego ma przeciwnika. Do dziś wszyscy pamiętają doskonałą kreację Hansa Grubera z pierwszej Szklanej pułapki, czy też złowrogiego Dartha Vadera z kosmicznej trylogii Lucasa. W Przygodach Tintina czarny charakter, to mówiący głosem Daniela Craiga Sacharyna, opętany żądzą znalezienia zaginionego wraku okrętu Jednorożec. Sacharyna nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel. Z czasem, jego motywy okazują się nieco bardziej złożone, a poszukiwania galeonu, to tylko pretekst. Oprócz tego na drodze Tintina, Baryłki i Milusia stają tabuny bezimiennych oprychów, którzy starają się wszelkimi sposobami uprzykrzyć herosom życie.

Znalazło się oczywiście miejsce dla sporej liczby nawiązań do wcześniejszych produkcji zarówno Spielberga, jak i Jacksona – od Szczęk, poprzez serię przygód Indiany Jonesa, aż do Martwicy mózgu. Oprócz tego na szczególną uwagę zasługuje sekwencja bitwy morskiej – tak dynamicznej potyczki okrętów ze szczękiem kordelasów, grzmotem armat, wystrzałami muszkietów, abordażem, skakaniem po rejach i wantach próżno szukać nawet w sztandarowym obecnie cyklu o przygodach morskich łotrzyków, czyli disneyowskich Piratach z Karaibów (począwszy od drugiej części). Aż się prosi, żeby Spielberg wyreżyserował jakiś film traktujący o karaibskich bukanierach z XVII wieku. Póki co, mamy jedynie namiastkę, która jednak bije na głowę wszystko, co pokazali Gore Verbinski i Rob Marshall.

Przygody Tintina powinny się spodobać widzom szukającym dobrej produkcji przygodowej, ale co z miłośnikami komiksu? Czy im również najnowszy film spod ręki Spielberga przypadnie do gustu? W moim mniemaniu tak, a piszę to z pozycji osoby znającej oryginał. Scenariusz stanowi kompilację trzech albumów, wydanych także w Polsce – Krab o złotych szczypcach, Tajemnica Jednorożca oraz Skarb Szkarłatnego Rakhama„. Scenarzyści wzięli z każdego z zeszytów jakieś elementy i napisali skrypt od nowa, więc nawet ktoś recytujący poszczególne tomy z pamięci może spodziewać się niespodzianek. Całość jest duchowo wierna historiom obrazkowym, więc spokojnie można obraz Spielberga traktować jako kolejną część liczącego 24 odsłony cyklu. W kraju nad Wisłą postać cwanego reportera nie zdobyła większej popularności (w przeciwieństwie do chociażby pewnego wąsatego Gala, zamieszkującyego wioskę stawiającą zaciekły opór rzymskim legionom), ale w Europie Zachodniej Tintin, to jedna z ikon kultury. Dlatego cieszy fakt, iż reżyser wyszedł z tych nieuniknionych porównań obroną ręką i kto wie, może ekranizacja zachęci niektórych do sięgnięcia po oryginał…

Szkoda tylko, że John Williams nie skomponował jakiegoś wpadającego w ucho motywu przewodniego, czegoś na kształt The Raiders March albo Jurassic Park Overture. Soundtrack zawiera utwory rewelacyjnie komponujące się z obrazem i sprawdza się świetnie przy tworzeniu klimatu, ale przydałaby się jakaś heroiczna melodia, jednoznacznie kojarząca się z głównym bohaterem.

Przygody Tintina mają wszystko by obrosnąć kultem – akcję, humor, ciekawą i ciekawie opowiedzianą historię, egzotyczne plenery i brawurowo utrzymane przez cały czas projekcji tempo. Reżyser po raz kolejny pokazał, że jak mało kto zna się na tworzeniu produkcji rozrywkowych i wciąż potrafi zrealizować obraz wpisujący się w poetykę Kina Nowej Przygody. Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że jest to najlepszy film przygodowy od czasu Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty. Nie wierzcie też w opinie mówiące, że produkcja Spielberga przeznaczona została dla młodszych widzów. To nieprawda – po prostu Przygody Tintina sprawiają, że na chwilę znów staniecie się dziećmi.

P.S. Film oglądałem w angielskiej wersji językowej z napisami i przyznam szczerze, że nie potrafię sobie wyobrazić, by dubbing dorównał jakością oryginalnemu. Głosy postaci zostały dobrane doskonale, ze szczególnym wskazaniem na Andy’ego Serkisa, jako kapitana Baryłki, a także Daniela Craiga w roli antagonisty. Polskie dialogi miałem okazję usłyszeć w zwiastunie i wypadają niezwykle blado.

Tekst z achiwum film.org.pl (05.11.2011)

Ostatnio dodane