Recenzje

PRZYBYSZE Z PRZESTRZENI KOSMICZNEJ. Klasyk gatunku science fiction

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Tekst z archiwum film.org.pl.

Lata 50. w amerykańskim kinie science fiction upłynęły pod znakiem tanich, B-klasowych, masowo produkowanych straszaków o złych przybyszach z kosmosu. Obcy jawili się w nich wyłącznie jako agresorzy, chcący podporządkować sobie Ziemię i jej mieszkańców. Było to oczywiste odbicie ówczesnych zimnowojennych nastrojów politycznych, dodatkowo podsycanych przez senatora Josepha McCarthy’ego, który na czele swej komisji paranoicznie szukał i osądzał Amerykanów, podejrzanych o komunistyczne sympatie. Polityczny klimat USA zawitał również do fabryki snów, gdzie nawet ekranizacja liczącej 50 lat powieści H.G. Wellsa „Wojna światów” nabrała przewrotnej aktualności. Wszędzie szukano spisku, dopatrywano się wrogiej infiltracji i wszelkiego zarzewia inwazji. Kino SF zdawało się być idealnym ilustratorem antykomunistycznej paranoi. W przybyszach z kosmosu widz miał wręcz widzieć barbarzyńską Armię Czerwoną, lądującą w latających spodkach i łasą na zawładnięcie „amerykańskiego stylu życia”.

W tym wysoce niezdrowym klimacie pojawił się człowiek nazwiskiem Jack Arnold. Były żołnierz z II wojny światowej, później aktor broadwayowski i wreszcie, mający na swym koncie nominację do Oscara, realizator filmów krótkometrażowych, na początku lat 50. postanowił zostać „prawdziwym reżyserem”. Na swój kinowy debiut wybrał ekranizację opowiadania SF „The Meteor” Raya Bradbury’ego. Wybór był o tyle zaskakujący, że traktował o przybyszach z kosmosu, którzy jakoś nie pasowali do wizerunku krwiożerczych bestii, panoszących się po ówczesnym repertuarze kinowym.

Zamiast akcji za wszelką cenę i doraźnego użytku z fabuły, Jack Arnold postawił na tajemnicę, nastrój i metaforę (...).

Niebo nad sennym amerykańskim miasteczkiem nagle rozbłyska wielką ognistą kulą, rozbijającą się na pustkowiu arizońskiej pustyni. Astronom amator John Putnam i jego narzeczona Ellen, przekonani, że widzieli rozbicie meteorytu, podlatują śmigłowcem do krateru. Oczom zaskoczonego Johna ukazuje się kulisty statek kosmiczny. Otwiera się właz, w którym przez krótki moment pojawia się Obcy. Niestety, chwilę potem lawina pogrąża statek pod tonami kamieni, pozostawiając astronoma z nierozwiązaną zagadką. Czynniki oficjalne, zaalarmowane przez Johna, oczywiście nie dają wiary słowom mieszkającego na uboczu dziwaka. Wkrótce jednak seria tajemniczych zjawisk przekonuje Johna, że Obcy jednak wydostali się ze statku i swoją obecnością zaczynają zagrażać społeczności miasteczka. Dwóch konserwatorów napowietrznej linii telefonicznej znika w tajemniczych okolicznościach, by następnie pojawić się jako ludzkie kopie, kontrolowane przez przybyszów z kosmosu. Informują oni Johna, że ich przypadkowy pobyt na Ziemi spowodowany jest wyłącznie awarią ich statku. Stawiają tylko jeden warunek – nie przeszkadzajcie nam, naprawimy statek i odlecimy. Niestety, w miarę uprowadzania kolejnych ludzi, szeryf postanawia zniszczyć zagrożenie. Upatrując jedyną nadzieję w Putnamie, Obcy porywają także jego narzeczoną, by zmusić go do powstrzymania zbrojnej odsieczy z miasteczka…

Reżyser Jack Arnold przystąpił do realizacji filmu z nowatorskim, choć nie pionierskim pomysłem, wykorzystania techniki „3-D Nature Vision”. W tym czarno-białym filmie kilka najbardziej efektownych sekwencji zostało przefiltrowanych przez kolor czerwony i niebieski, które przesunięte względem siebie i oglądane przez specjalne okulary, dawały ciekawy efekt przestrzenności. Jednak nie dzięki tej sztuczce film w pewnym stopniu przetrwał próbę czasu. Twórca późniejszego Potwora z Czarnej Laguny, nie na darmo był nazywany „najbardziej ukochanym amerykańskim reżyserem kina klasy B”. Zamiast akcji za wszelką cenę i doraźnego użytku z fabuły, Jack Arnold postawił na tajemnicę, nastrój i metaforę, chociażby w wykorzystaniu scenerii pustynnej, symbolizującej zarówno kolebkę tajemnicy, ukrytej przez chciwymi ludzkimi żądzami, jak i środowisko, w którym człowiek jest tak samo obcy, jak przybysze z kosmosu. Oryginalny był również operatorski pomysł na ujęcia z punktu widzenia Obcych. Ponieważ samych przybyszów z kosmosu Arnold ukazywał nad wyraz skąpo – zaledwie kilka razy widzimy okrągły kształt z ogromnym okiem pośrodku – większe wrażenie wywołuje „kamera subiektywna” Obcych. Ciekawy jest także kontrast, wywołany różnicą w zachowywaniu się tych samych postaci przed i po uprowadzeniu. Normalni, reagujący pełną gamą odruchów ludzie, nagle zmieniają się w quasi-zombie z martwą twarzą, oczami zdolnymi patrzeć prosto w słońce, sztywnymi ruchami i nieznoszącymi sprzeciwu głosami.

Oglądając film z perspektywy 50 lat ewolucji gatunku, nie sposób uśmiechnąć się pobłażliwie, widząc nadekspresyjną momentami grę aktorów (szczególnie, gdy śliczna Barbara Rush wydaje z siebie okrzyk przerażenia), czy naiwne efekty specjalne, na szczęście nie używane zbyt często. Typowa dla ówczesnych produkcji fantastyczno-naukowych jest również muzyka – archaiczna, dziwaczna, atonalna, operująca dźwiękami potęgującymi uczucie obcości i zagrożenia. Współcześnie już nie stosuje się takich rozwiązań muzycznych, choć jedynym wyjątkiem był nieobliczalny Danny Elfman, komponując muzykę do pastiszowego Marsjanie atakują!. Ale mimo to, Przybysze z przestrzeni kosmicznej to bez dwóch zdań klasyk gatunku, film, w którym bodajże po raz pierwszy przedstawiono lądujących na Ziemi kosmitów, niezainteresowanych podbojem naszej planety. To obraz niespodziewanie inteligentny i niepozbawiony czaru i poezji ekranu, jaka była udziałem bardzo niewielu pozycji kina SF z zamierzchłych czasów budowania tożsamości tego gatunku.

P.S. Andrzej Kołodyński w książce „Dziedzictwo wyobraźni. Historia filmu SF”, określił film pod innym tytułem – To przybyło z kosmosu.

Ostatnio dodane