search
REKLAMA
Archiwum

PRAWO ZEMSTY (2009)

Maciek Poleszak

14 stycznia 2018

REKLAMA

Nieczęsto zdarza się, żebym po pierwszym zobaczeniu zwiastuna “nakręcił się” na jakiś film do tego stopnia, żeby niemal odliczać godziny do seansu, na który zarezerwowane przeze mnie bilety już grzecznie czekają w kasie kina. Jeszcze rzadziej ma to miejsce, gdy spodziewam się filmu słabego, który zapowiada się na przekombinowany thriller z kompletnie bzdurnym scenariuszem. Jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi, wszelkiej logice i zaleceniom lekarza zakochałem się w zwiastunie Prawa zemsty już od… nie, wcale nie od pierwszych sekund, tylko od słów wypowiadanych przez panią burmistrz: “Mamy go pod kluczem i nadal zabija ludzi?”. W tym momencie każdemu normalnemu widzowi zapaliłaby się w głowie ostrzegawcza kontrolka. Ja natomiast poczułem, że oto na moich oczach powstaje kolejny przedstawiciel elitarnego gatunku “tak zły, że aż dobry”. Przysposobiłem się więc w adekwatny do sytuacji humor i podjąłem się wyprawy do kina w celu zaspokojenia moich nietypowych oczekiwań. A to było tak…

Clyde Shelton (Gerard Butler) to uzdolniony inżynier, który w wyniku napadu traci żonę i córkę, a sam zostaje ranny. Przestępcy zostają złapani, a o ich skazanie walczy chorobliwie ambitny prawnik Nick Rice (Jamie Foxx). Obawiając się porażki na sali sądowej, postanawia wbrew woli Clyde’a pójść na ugodę z jednym z zabójców, ustalając z nim, że za złagodzenie wyroku obciąży zeznaniami drugiego, zapewniając tym samym prokuratorowi zwycięstwo, które będzie mógł sobie wpisać do statystyki w celu chełpienia się niemal stuprocentową skutecznością. Tymczasem skrzywdzony i oszukany mąż i ojciec zaszywa się gdzieś na dziesięć lat, przygotowując nie tylko plan zemsty, ale również wiadomość dla świata.

Więc tak: Butler jest kolejnym filmowym mordercą, który przez swoje działania chce zmieniać ludzką mentalność i naprawiać błędy rządzących. W Prawie zemsty bierze on na warsztat amerykański system sprawiedliwości, wskazując na jego ułomność i bezduszność. Stop! Co to za słowo, które pojawiło się w głębi mojej czaszki i przeszło na koniec języka? Myśl przewodnia? Przesłanie? Nie, tylko nie to! Film może przez to nie wcisnąć gazu do dechy i nie przekroczyć magicznej granicy “… że aż dobry” zostając w miejscu “tak zły… że brak słów”. Całe szczęście ktoś za kamerą w miarę szybko się opamiętuje i umieszcza na taśmie filmowej kilka scen przesyconych soczyście B-klasowymi dialogami, w których grany przez Butlera bohater zapowiada wydarzenia na miarę Apokalipsy, uśmiechając się szyderczo po każdym zakończonym zdaniu.

W tym momencie w recenzji następuje zwrot akcji. Okazuje się bowiem, że film jednak mija się z początkowymi oczekiwaniami. Ba, daje się go nawet oglądać bez bólu po każdym koszmarnym dialogu (a takie występują jak na lekarstwo), bez łapania się za głowę po każdym zwrocie akcji (bo mimo że ani zbytnią pomysłowością, ani wiarygodnością nie grzeszą, to do statusu bzdury trochę im jednak brakuje), a nawet bez wspomagania się powstałymi w wyniku fermentacji związkami organicznymi, które z reguły stawiają każdą hollywoodzką produkcję w trochę bardziej korzystnym świetle.

To, że film da się oglądać, nie znaczy oczywiście, że z miejsca staje się on dobry, ale parę elementów może się w nim podobać. Może się podobać na przykład… Gerard Butler, który cały czas próbuje czegoś nowego, skacząc od pseudohistorycznej naparzanki, poprzez komedie, aż do gangsterki made by Guy Ritchie (swoją drogą – facet ma trochę przechlapane, oczywiście Butler, nie Ritchie, bo Leonidas z 300 i “This is Sparta!” będą się za nim ciągnęły do końca życia). To, czy te próby były udane czy nie, to już inna sprawa, ale jako bezkompromisowy, gotowy na wszystko twardziel, który ciosy na twarz przyjmuje niemal bez mrugnięcia okiem, a swojego przeciwnika częstuje przy każdym spotkaniu one-linerem i wspomnianym wcześniej uśmiechem – sprawdza się idealnie. Jestem nawet gotów zaryzykować stwierdzenie, że scena, w której występuje przed sądem jako własny obrońca, jest naprawdę dobra, bez żadnych “ale…”, “zważając na…” i “biorąc pod uwagę…”.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że film musi się skończyć, a wątki muszą się zamknąć. Poruszona na początku i w trakcie filmu sprawa nieudolności sądów i wyboru mniejszego zła za wszelką cenę zaciera się z czasem, a serwowane nam zakończenie, przedstawiające przemianę wewnętrzną jednego człowieka, poraża sztampowością. Przy końcówce nawet wybieg scenariusza przenoszący jednego z bohaterów z miejsca na miejsce z prędkością, która zdaje się sugerować, że nagiął on czas i przestrzeń, staje się mało istotna. Między innymi właśnie dlatego Prawo zemsty plasuje się gdzieś w kategorii “ot, bez rewelacji”. Co nie zmienia faktu, że Butlera zwyczajnie lubię i za niego ocena idzie o jedno oczko w górę.

Tekst z archiwum film.org.pl.

REKLAMA