Recenzje

POWRÓT. Mroki religijnej hipokryzji i zaściankowości… znowu

W świecie, w którym znikąd pomocy i znikąd nadziei, desperackie szukanie humanizmu jest najlepszym katartycznym doznaniem. W filmie Łazarkiewicz, mimo licznych jego plusów, podsumować je można już tylko wzruszeniem ramion.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

To kolejny, obok Kleru i Twarzy, polski film, który bierze pod lupę temat prowincjonalnej obłudy i hipokryzji katolickiej. I podobnie jak we wspomnianych wcześniej obrazach stara się przyjrzeć tematowi z szerszej perspektywy. Krytyka katolickiej pseudomoralności jest tym razem przepuszczona przez pryzmat komórki rodzinnej, nieco bardziej delikatna, a mniej groteskowa. Magdalena Łazarkiewicz trawestuje przypowieść o powrocie syna marnotrawnego z bardzo wyraźną tezą. Krytyka duchowieństwa oraz pruderyjności tylko ją umacnia i może jest jej nieco za dużo.

Ula wzięła udział w talent show, gdzie poznała atrakcyjnego chłopaka. Postanowiła wraz z nim uciec z domu rodzinnego, w którym matka, niedoszła siostra zakonna, każe rozpoczynać każdy posiłek od modlitwy, a ojczym organizuje wycieczki pielgrzymkowe. Nawet i brat Urszuli oddał swój los w ręce Boga, jest bowiem księdzem. Zduszona małomiasteczkowością i zapiętymi na ostatni guzik konwenansami dziewczyna wkrótce musi jednak wrócić do rodzinnego domu, ponieważ wybranek jej serca okazał się naciągaczem, który sprzedał dziewczynę do niemieckiego domu publicznego. Powrót ten jest dla Uli trudny z kilku powodów – po pierwsze wydaje się, że rodzina wymazała jej obecność, a po drugie musi jeszcze raz skonfrontować się z wartościami, które od dzieciństwa wydawały jej się doklejone do jej domu nieco na siłę. Sytuacja staje się dramatyczniejsza, gdy na wierzch wychodzą kolejne tajemnice rodziny.

Temat, choć wydaje się grzebać głęboko w ludzkiej psychice oraz wiwisekcjach rodzinnych, pozorne poskładany jest z niesztampowych elementów, które w realizacji wydają się jakby znajome. Mamy więc schematyczną katolicką bigoterię, uproszczenia dotyczące relacji między bohaterami (nieprzystosowanie Uli tłumaczone jest bowiem genetyką), a wszystko to oblane jest największym demonem polskiego kina – alkoholizmem. Wpuszczenie nieco światła do rzeczywistości Łazarkiewicz sprawiłoby, że łatwiej byłoby wybrać sobie postać, z którą chcielibyśmy sympatyzować od początku do końca. Niby kroczymy za świetną Sandrą Drzymalską wcielającą się w główną bohaterką, ale niejako z żalu, czekając tylko, aż w końcu ta kinowa polskość nieco zdejmie jej ciężaru z krzyża. Dobrze skonstruowaną, nieco demoniczną, ale finalnie wzbudzającą litość postacią jest również matka grana przez Agnieszkę Warchulską. W tym gęstym konflikcie matki z córką oddech ulgi przychodzi za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się mały braciszek grany ze swadą przez Dawida Rostkowskiego. Świetne sceny, chociażby genialnie nakręcony śpiew w kościele, przerywane są kilkoma sztampami, jak na przykład mało subtelna historia uzależnionej od alkoholu dyrektorki kościelnego chóru, bez którego Powrót mógłby się obyć, ponieważ nieco na siłę dodaje głębi jednemu z najszczerszych wątków.

Gdzieś między tym wszystkim udało się stworzyć realistyczny obraz systemu, który nie ma szans przetrwać, jeśli oparty jest na kłamstwie i hipokryzji. Ostracyzm społeczny oraz łączące się z nim rozwiązania fabularne mogą wydać się przerysowane, ale to chyba już widz musi sam ocenić, czy ma jakikolwiek punkt odniesienia, gdy serwuje mu się opowieść o całkowitym osamotnieniu wśród bliskich. Być może jeden akcent, wyraźnie wpuszczający świeże powietrze w duszne i oparte na odbijaniu się między piekłem a jeszcze gorszym piekłem życie Uli, byłby ratunkiem, taki szczery, bez pogłębienia cierpieniem. Bez niego zostaje bardzo dobrze nakręcony, ale mimo to niewygodny film.

Powrót zbiera w sobie esencję narodowych fobii, kilka obserwacji, których nie odczarowano przez kino ani popkulturę, a które jednocześnie są złośliwym znęcaniem się nad sprawami istniejącymi na zasadzie kłujących w oczy przeciwieństw. Hipokryzja oraz obłuda religijna to zjawiska niezwykle obleśne, bez dwóch zdań, ale w momencie, gdy twórcy za bardzo próbują je obnażyć, cierpi na tym historia. Kiedy więc dochodzi do kulminacji, w której wyrządzana jest kolejna krzywda prawdzie i miłości, ręce nieco opadają. W świecie, w którym znikąd pomocy i znikąd nadziei, desperackie szukanie humanizmu jest najlepszym katartycznym doznaniem. W filmie Łazarkiewicz, mimo licznych jego plusów, podsumować je można już tylko wzruszeniem ramion.

Ostatnio dodane