Recenzje

POTWÓR POTWORA FRANKENSTEINA, FRANKENSTEIN. Absurd i abstrakcja

Absurd, chaos i świetna zabawa

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Kiedy usłyszałam o tym filmie, pomyślałam: „Kolejna ekranizacja Frankensteina? Po co to komu?”. I nie mogłam się bardziej mylić. Zarówno w tym, że będzie to adaptacja klasycznego dzieła Mary Shelley, jak w i tym, że będzie to wtórne badziewie. Mamy bowiem do czynienia z jednym z fajniejszych przedstawicieli gatunku zwanego mockumentary. 

Jean-Luc Godard powiedział kiedyś, że „każdy montaż jest kłamstwem”. Filmy mockumentary, czyli fabuły udające dokumenty, zdają się podkreślać to na każdym kroku. Nie chodzi jednak o samą negację wiarygodności dokumentu czy ogólnie demaskację stojącej za kinem reżyserii, gdyż każdemu z takich filmów przyświeca zupełnie inna idea. Czasem służą one krytyce i satyrze, czasem urealnieniu gatunku, a czasem po prostu zwykłej zabawie. Niemniej historia samego zjawiska, które oszałamiającą karierę zrobiło dopiero niedawno, ma już ponad 80 lat.

Dziś filmy mockumentary realizowane są częściej niż w poprzednich dekadach, a kolejne tytuły wpisują się w skrajnie różne rejony kina. Dzięki temu każdy współczesny widz może znaleźć w tym nurcie coś dla siebie. Wprawdzie pojawiają się już pierwsze oznaki odpychającej wtórności i banalizacji – wystarczy spojrzeć na kontynuacje Paranormal Activity czy telenowele pokroju Dlaczego ja? i Trudnych spraw – jednakże mockumentary ciągle pozostaje zjawiskiem dosyć świeżym.

W powyższy nurt wpisuje się również Potwór potwora Frankensteina, Frankenstein, gdzie znany z serialu Stranger Things David Harbour wciela się w fikcyjną wersję swojego ojca, Davida Harboura, opowiadając historię o tym, w jaki sposób Harbour senior próbował zrealizować telewizyjne przedstawienie – wariację na temat Frankensteina. I przedstawienie to stało się jego przekleństwem. W miarę jak postępuje fabuła ledwie 30-minutowego dzieła, widz coraz bardziej zagłębia się w szaleństwo tego przedsięwzięcia, rodzinne tajemnice oraz wszechobecny absurd, ze strzelbą Czechowa na czele.

Aktorsko całość prezentuje się wręcz wybornie. Wspomniany David Harbour robi, co może, by wcielić się realistycznie w swojego ojca, który ma więcej z Orsona Wellesa, aniżeli mogłoby się początkowo wydawać. Jego występ jest przerysowany do granic możliwości i ogląda się go na małym ekranie wręcz fenomenalnie. Oczywiście pozostali aktorzy uwikłani w tę grę pozorów spisują się równie znakomicie. Nemezis naszego bohatera – Joey Vallejo, w którego fenomenalnie wciela się Alex Ozerov – to idealna parodia młodych aktorów, którzy poza wyglądem raczej nie mają nic wspólnego z aktorstwem. To, co mnie urzekło, to fakt, iż raz na jakiś czas na scenę wkracza nie kto inny jak Alfred Molina, który chyba nie za bardzo wie, co takiego robi w fake’owej sztuce, jednak zupełnie się tym nie przejmuje, gdyż dobrze mu za to zapłacili.

Niestety osoby, do których nie dociera tego typu humor, sytuacyjny, oparty na grze słów, a jednocześnie chaotyczny, absurdalny i nieskładny na pierwszy rzut oka, nie będą zadowolone z tego, co Netflix im zaserwował. Ja byłam jednak zachwycona tym, iż twórcy prezentowali skecz w skeczu w skeczu, co samo w sobie było już szalone.

Uważny widz spostrzeże, że produkcja wypełniona jest po brzegi odniesieniami do popkultury, choć większość z nich – czy to zamierzonych, czy też nie – nie da się wyłapać na pierwszy rzut oka. Wygląda to tak, jakby ktoś wymieszał razem wszystkie nawiązania i wplótł je w scenariusz, gdyż w dzisiejszej telewizji jest to wręcz pożądane. Niestety, jak wspomniałam, większość z nich będzie dla widza niezrozumiała, przez co całość traci kilka okazji na porządną salwę śmiechu.

Obejrzyjcie tę produkcję. To czysta zabawa formą mockumentu, a David Harbour, wcielając się w swojego ojca, bawi się znakomicie. Czy jest to dzieło idealnie? Nie, ale finalnie to całkowicie bez znaczenia. Początkowo miałam obiekcje, gdyż jestem emocjonalnie związana z książką Mary Shelley, a kolejne próby jej ekranizacji wywoływały mój stanowczy sprzeciw. W tym przypadku Frankenstein to jedynie pretekst do opowiedzenia historii z przeszłości, w której nie brakuje kłamstw, nienawiści, a może nawet i morderstwa. Ale jakże fantastycznie ta historia jest opowiedziana.

Ostatnio dodane