Recenzje

POLOT. Jak wysoko wzlatuje najnowsza polska premiera?

Autor: Krzysztof Nowak
opublikowano

Polot to, jak się niestety okazuje, jeden z nielicznych polskich filmów, które nie uciekły z datą premiery przed pandemicznymi obostrzeniami. Na wstępie uspokajam: „niestety” w poprzednim zdaniu nie wzięło się z powodu niskiej jakości produkcji, lecz sytuacji, w której znajdą się kina w obliczu braku nowych premier. Tutaj w przeciwieństwie do najnowszego dzieła pewnego uznanego amerykańskiego reżysera nie buduje się jednak narracji o ratowaniu doświadczenia kinowego, dlatego ewentualne pytanie trzeba sobie zadać samemu: czy dzięki Polotowi liczba osób obecnych na salach kinowych znowu poszybuje w górę?

Karol (Maciej Musiałowski) to młody mężczyzna, który nie boi się ryzyka. Swoją przyszłość wiąże z lotnictwem, rodzinnym biznesem, i w tym kierunku jest zresztą utalentowany, szczególnie pod względem wynalazczym. Sytuacja komplikuje się, gdy w wyniku wypadku ginie jego ojciec, przez co wraz z matką zostają bez grosza. Chłopak nie zamierza pogrążać się w rozpaczy i szybko angażuje grupę przyjaciół do swojego najnowszego projektu – zamierza kontynuować spuściznę zmarłego rodzica i zbudować innowacyjny obiekt latający.

Fabułę filmu najprościej opisać można by stwierdzeniem, że przyjaźń kończy się tam, gdzie zaczynają się pieniądze. Funduszy na realizację konstrukcji brakuje, więc poszukując źródeł finansowania, trójka znajomych trafia na związanego ze śmiercią ojca Karola inwestora (Andrzej Konopka). Już wtedy pojawiają się pierwsze kłótnie w zespole i, jak możemy się domyślać, wokół nich będzie kręciła się historia, konfrontując życie towarzyskie chłopaków z zawodowym.

Początek filmu jest bardzo angażujący. Powiedziałbym, że rozciąga się to nawet na pierwszą połowę, gdyż szybko prowadzona narracja – choć momentami za szybko, bo romans Karola i granej przez Polę Błasik Justyny kiełkuje gdzieś poza kadrem, a my zostajemy postawieni przed faktem dokonanym – przywodzi na myśl to, co robią hollywoodzcy rzemieślnicy pokroju Rona Howarda czy Jamesa Mangolda. Otaczające protagonistę postacie stają się dla niego kontrapunktami i z uwagą śledzimy, jak walczy na argumenty z każdym przeciwstawiającym mu się charakterem w dynamicznie zmontowanych scenach dyskusji. Wtedy czujemy, że za całością stoi jakiś artystyczny zamysł, a nie jedynie skok na nasze portfele.

Tym bardziej, że zebrana wokół Karola grupa ma swoje przekonania, a scenarzystom, Michałowi Wnukowi oraz Kai Krawczyk-Wnuk, trzeba oddać, że próbują pogłębić rysy psychologiczne bohaterów, nawet jeśli napoczęte wątki ostatecznie nie znajdują swojego końca (opaska Justyny). Tam, gdzie brakuje tekstu, wkraczają aktorzy. Znany z drugiej części Sali samobójców Maciej Musiałowski tym razem tworzy kreację zdecydowanie bliższą normalności, ale nie wolną od jego imponującego zakresu mikroekspresji. Moimi faworytami są jednak Andrzej Konopka i Tomasz Włosok. Grający cwaniakowatego biznesmena Konopka rozstawia wszystkich po kątach pewnością siebie, a Włosok już przy okazji Jak zostałem gangsterem… oraz Underdoga udowodnił, że na drugim planie odnajduje się znakomicie – i tutaj nie jest inaczej, bo kiedy ma szansę się wykazać, to zagarnia dla siebie całą scenę. Szkoda, że w pewnym momencie zostaje tych szans pozbawiony.

I właśnie z tą ostatnią kwestią wiąże się mój największy zarzut wobec filmu Michała Wnuka – konflikty zbyt wcześnie eskalują do poziomu, z którego nie ma odwrotu. Zbyt wcześnie zabiera się nam sprzed oczu bohaterów, którzy utrzymywali naszą uwagę. Młody przedsiębiorczy wizjoner to persona przerobiona przez popkulturę na milion sposobów, dlatego potrzeba charakterologicznych kontrastów, by mógł się od nich odbijać. Przez pierwszą połowę myślałem, że twórcy doskonale o tym wiedzą, ale kiedy akcja zwalnia, to zwalnia do takiego stopnia, że nie nabiera rozpędu także w trzecim akcie. A szkoda, bo finał całości jest satysfakcjonujący i byłby jeszcze bardziej, gdyby motyw poddanej próbie przyjaźni nie został ucięty zbyt szybko.

Wracając do zadanego na wstępie pytania, odpowiadam: dobrze by było, gdyby tak się stało. Polot nie jest bowiem filmem nieudanym, lecz po prostu niezłym. Dobrze zrealizowanym i zagranym, pomysłowo sfilmowanym, momentami pierwszorzędnie zmontowanym. Widać i czuć bijącą z niego ambicję na podniesienie jakości polskiego kina rozrywkowego. Ostatecznie udaje się to osiągnąć jedynie częściowo, ale uzyskany efekt jest zadowalający. Polot nie wzlatuje ponad chmury. Leci jednak wysoko – znacznie wyżej, niż można by było przypuszczać. Warto wsiąść na ten pokład.

Ostatnio dodane