Recenzje

PLAGI BRESLAU, czyli gdy Patryk Vega inspiruje się „Siedem” Davida Finchera

Wycieczka Patryka Vegi do Wrocławia to wciąż bardziej "Pitbull" niż "Siedem"

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano


Reżyser okazał się zdolny do normalnego skonstruowania narracji, w której poszczególne sceny są powiązane przyczynowo-skutkowo i mają w filmie swoje miejsce.

Wielu widzów na pewno zastanawia się, jak wypadła w nietypowej dla siebie konwencji Małgorzata Kożuchowska. Odpowiedź brzmi – słabo. Co prawda jej postać nie stwarzała niesamowitych możliwości, ale sposób, w jaki aktorka wykreowała Helenę, jest w najlepszym razie średni. Widać w niej sztuczność, brak wyczucia postaci i przeszarżowaną pozę na podszytą depresją arogancję. Nieco lepiej na jej tle wypada Daria Widawska, której momentami udaje się wywołać w widzu jakieś emocje wobec swojej postaci i sprawiająca wrażenie faktycznie zżytej z Iwoną. Jej rola jest jednak napisana zbyt topornie i nachalnie, by można było uznać tę postać za ciekawą. Więcej do grania w Plagach Breslau nie ma. Pozostali aktorzy mają albo po prostu użytkowo być na ekranie, albo realizować przaśne emploi, w czym oczywiście przoduje Tomasz Oświeciński jako głupkowaty osiłek „Bronson”. Co prawda po ekranie przemykają w zarysie wątki osobiste, skoncentrowane na psychologii bohaterów, ale twórcom wyraźnie szkoda na nie czasu i w efekcie pozostają swoistymi „kwiatkami do kożucha”, nawet nie odciążając głównej linii fabularnej.

Jeśli jednak coś zaskoczyło mnie pozytywnie w nowym filmie Vegi, to to, że reżyser okazał się zdolny do normalnego skonstruowania narracji, w której poszczególne sceny są powiązane przyczynowo-skutkowo, istnieje śladowa ekspozycja, a każda sekwencja ma w filmie swoje miejsce. Twórca Botoksu wygasił tu mocno swoją skłonność do anegdotycznych epizodzików opartych na wulgarnym humorze, których jest tutaj jak na lekarstwo. Bardzo niewiele jest też niestety innego pozytywnego elementu, czyli pewnych mrugnięć okiem w rodzaju Kożuchowskiej wjeżdżającej w kartony. Szkoda, tym bardziej że wplecenie w dialogi np. nawiązania do Siedem czy jakiejś ironicznej uwagi mogłoby uratować częściowo zbudowany z klisz scenariusz. Choć bowiem Vega w końcu nakręcił linearną historię, jest ona bardzo nieporadna, zastosowanie niektórych technik narracyjnych widać zbyt wyraźnie, a niektóre zagrywki trudno jest przyjąć bez skrzywienia. Tak jest na przykład z groteskowo doklejoną do całości krytyką społeczną, kontynuującą poniekąd antysystemowość Botoksu. Pojawiający się jak królik z kapelusza i utrzymany w żenująco bezpośredniej tonacji motyw niesprawiedliwości i zakłamania elit nawet rozpisany na Morgana Freemana i Kevina Spaceya wypadłby w Plagach… niezręcznie, zdradzając brak zręczności Vegi w wiązaniu gatunku z szerszymi kontekstami.

Zgodnie z tytułem Plagi Breslau wiążą się w istotny sposób z miastem, w którym się rozgrywają. Przywołanie dawnej niemieckiej nazwy miasta nie jest jednak (tylko) chwytem retorycznym, sygnalizuje bowiem historyczny wątek morderstw oraz wzmacnia akcent położony na lokalność, odgrywającą dość istotną rolę w kryminalnej intrydze. Sam Wrocław jest w filmie mocno widoczny, przede wszystkim w autentycznych lokalizacjach wykorzystanych do kręcenia zdecydowanej większości scen, pojawia się też nawiązujący do bieżącej polityki motyw „premiera z Wrocławia”. Widać, że Vega bardzo się stara, by jak najmocniej osadzić swój film w dolnośląskim kontekście, również przez zaangażowanie na drugim planie wrocławskich aktorów Igora Kujawskiego i Wiesława Cichego. Dla wrocławianina te zabiegi – choć mało subtelne – wypadają dość sympatycznie, jednak są jedynie detalem, który nie ma znaczenia dla ogólnego odbioru. Twórcy nie wykorzystali też estetycznego potencjału tak mocno obecnego w fabule miasta, pozostając przy typowej dla Vegi paradokumentalnej niestaranności zdjęć, które w zdecydowanej większości powstały przy pełnym świetle dziennym, w efekcie czego „mroczny” kryminał skąpany jest w wizualnej jasności, uniemożliwiającej poczucie obecnej (teoretycznie) w historii grozy.

Pomimo nowych szat Vega pozostał więc Vegą, z charakterystycznymi zagrywkami, niechlujnym montażem i zdjęciami oraz godnymi pożałowania „eksperymentami” technicznymi (tutaj są to zdjęcia kamerą GoPro). Plagi Breslau to film niespójny, pozbawiony inwencji oraz ikry, nieprzykuwający uwagi. W czołówce filmu na liście płac widzimy pojawiające się w filmie sceny wmontowane w szablon kartoteki; ten zabieg, nawiązujący jeszcze do pierwszego Pitbulla, pasuje bardziej do telewizyjnego serialu niż współczesnego filmu i ten trop zdaje się trafny przy ocenie Plag Breslau. Film ten przypomina bowiem toporną produkcję telewizyjną sprzed ładnych paru lat, napisaną na kolanie i zrealizowaną za parę groszy bez rzetelnego przemyślenia czy większej wizji. Na tle ostatnich kilku filmów Vegi Plagi Breslau mogą się wydać filmem całkiem udanym, który oglądać można bez większego bólu. Dobre i to, chociaż Botoks czy Kobiety mafii to niezbyt dobry punkt odniesienia. Być może Vega stworzył swój najlepszy film od lat, ale wciąż jest to słaby film, dosyć nieporadnie wykorzystujący gatunkową konwencję. Historia sprawia zaś wrażenie odgrzewanego kotleta. Mam nadzieję, że nie wzbudzi on apetytu na ciąg dalszy.

Ostatnio dodane