Recenzje

PIERWSZA NOC OCZYSZCZENIA. Przyzwolenie na zabijanie z polityką Trumpa w tle

Czwarta odsłona "Nocy oczyszczenia" utrzymuje dokładnie ten sam poziom co wszystkie poprzednie – jest niezły pomysł wyjściowy, są momenty i... na tym koniec.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Chaotyczne akty bezsensownej przemocy

Dla Jamesa DeMonaco – twórcy i reżysera trzech pierwszych części cyklu, tym razem tylko scenarzysty – Pierwsza noc oczyszczenia to powrót do przeszłości, dla nas może być to zapowiedź przyszłości… a przynajmniej takim przekazem w karkołomny i do bólu banalny sposób twórcy prequela próbują nastraszyć widzów.

Potrafię docenić umieszczenie społeczno-politycznych wątków w rozrywkowym filmie. Proekologiczne przesłanie z pierwszej Godzilli, antyrządowe Death Race 2000 albo antywojenny wydźwięk Planu dziewięć z kosmosu mają w moim odczuciu większą siłę rażenia od patetycznego kina artystycznego, które w gruncie rzeczy jest nawracaniem nawracanych. Odbiorcy takich filmów jak Czwarta władza zasiadają przed ekranami, oczekując potwierdzenia swoich przekonań i zazwyczaj właśnie to dostają. Co innego film o kosmitach i wampirach, który przez ponad godzinę zwyczajnie bawi, by niespodziewanie rzucić niezbyt wyszukanym, lecz dzięki elementowi zaskoczenia silnym komunikatem o tym, że wojna jest zła. Noc oczyszczenia od samego początku, czyli od roku 2013, wykazuje identyczne tendencje i za każdym razem nie jest w stanie znaleźć odpowiednich proporcji. Pierwsza noc oczyszczenia nie jest wyjątkiem. Jako magnez na widza miała działać obietnica bezwzględnej brutalności wynikającej z kilkugodzinnego zniesienia prawnego porządku, ale z założenia igrzyska mają prowokować do refleksji. Niestety ani jedno, ani drugie nie działa tak, jak powinno.

Pierwszy element zawodzi przede wszystkim z powodu półgodzinnej nudy we wstępie. Ta część cyklu miała odkryć karty i zdradzić, jak doszło do panowania jedynej słusznej partii, dlaczego społeczeństwo przystało na przyzwolenie do odbierania życia i w jaki sposób miało na tym skorzystać (koncepcja bliźniaczo podobna do wyznawanej przez Thanosa w Avengers: Wojna bez granic). Dodatkowej ekspozycji należało się więc spodziewać, tyle że nic nowego z niej nie wynikło. Niemalże wszystkie z tych informacji posiadaliśmy już wcześniej. Co się więc w tym czasie dzieje? Oczywiście musi pojawić się wątek romantyczny, żeby spotęgować groźbę śmierci wiszącej nad bohaterami.

Nya to lokalna aktywistka przypominająca studenta prawa znanego z memów, który gotuje się z nerwów, kiedy przez kwadrans nie ma okazji, by wspomnieć o swojej Alma Mater. Postać odgrywana przez Lex Scott Davis („lex” to po łacinie „prawo” – przypadek?) ma podobną przypadłość – musi pokazywać swoją siłę, przepychać się, wydawać rozkazy, unosić głos, często zupełnie nieadekwatnie do sytuacji. Dmitri nie jest Rosjaninem, to stereotypowy alfons o złotym sercu z filmów blaxploitation, tyle że handluje narkotykami. Nya i Dmitri nie są już razem, ale stara miłość nie zdążyła zardzewieć, a kryzysowa sytuacja tchnęła w nią nową namiętność. Tchnęła do tego stopnia, że pod koniec drugiego aktu Dmitri przeobraża się w zabijakę rodem z lat 80., mięśniaka w typie Schwarzeneggera czy Stallone’a. Bez większego trudu, za to z finezją godną Blade’a – łowcy wampirów, wymachuje karabinem maszynowym i wybija wyszkolonych, tryskających paskudną, komputerową krwią najemników.

Ostatnio dodane