Recenzje

PIĄTEK 13-GO (2009). Bez rewolucji

Autor: Bartosz Czartoryski
opublikowano

Pechowy piątek trzynastego chodzi za nami ponoć już od stworzenia świata. Tego dnia bowiem w rajskim ogrodzie Ewa, za namową węża, skusiła się na jabłko z drzewa poznania dobra i zła. Oferując zakazany owoc Adamowi, na spółkę z diabłem doprowadzili do wygnania pierwszych ludzi z Edenu. Nie wszystkim jednak ten dzień kojarzy się z nieszczęściem; dla Seana S. Cunninghama owa data to żyła złota. Gdy kręcił w 1980 kolejny slasher dla nastolatków, miał zapewne nadzieję, że na fali popularności Halloween tłumne reprezentacje młodych ludzi nabiją mu kabzę. Nie spodziewał się jednak, że Piątek Trzynastego stanie się swoistym popkulturowym fenomenem, tytułem rozpoznawalnym praktycznie w każdym zakątku świata, gdzie tylko docierały kasety VHS. Każda kolejna odsłona serii przynosiła niemałe zyski, które z czasem malały z uwagi na zmęczenie materiału i napływ produkcji zwyczajnie lepszych od przeciętnego, bądź co bądź, cyklu. Na początku XXI wieku, w dziesięcioleciu remake’ów, stare koszmary sprzed trzydziestu lat przeżywają swoją drugą młodość. Wskrzeszono już Leatherface’a i Teksańską masakrę piłą mechaniczną, Michaela Myersa i Halloween, a teraz w kinach rządzi, rąbie i dzieli Jason Voorhees z Piątkiem 13-go.

Technicznie rzecz biorąc, wspomniane tytuły to nie tyle remake’i, co rebooty, czyli rozpoczęcie serii od nowa. W niepamięć puszczono wątki z filmów sprzed lat, zrestartowano horrorową maszynę i zrobiono grunt pod kolejny tasiemiec. Tak też jest w Piątku 13-go, konglomeracie czterech pierwszych części starej serii, ale i zarazem zupełnie nowej historii. Przyjrzyjmy się fabule. W pierwszych minutach dowiadujemy się o dramacie, który wstrząsnął obozem Crystal Lake. Mały chłopiec, Jason, pozostawiony bez opieki, utonął w srebrzystej toni jeziora. Jego mama, wstrząśnięta tragedią, własnymi rękoma wymordowała kempingowy personel, by wreszcie zginąć zdekapitowana za pomocą maczety przez pozostałą przy życiu dziewczynę. Wszystkiemu zaś przyglądał się z krzaków żywy i na chodzie Jason, przysięgając z kolei vendettę każdemu, kto pojawi się na jego terenie. Tyle zapożyczył Marcus Nispel z pierwszej odsłony słynnej serii. Co dzieje się dalej? Zaszyty na terenie dawnego obozu Jason kultywuje pamięć zmarłej matki w niecodzienny sposób: polując na nieświadomych niczego przechodniów. A tych jest wyjątkowo dużo. Nispel, tak jak przed laty Cunningham, nie mydli oczu, że jego film miał być czymś więcej niż kolejnym slasherem. A czego chcą widzowie od produkcji takich jak ta? Krwi, flaków, marnego humoru i obnażonych kobiecych biustów. Trzeba przyznać Nispelowi, że nie szczędzi nam niczego z tej listy. Już w pierwszych dwudziestu minutach trup ściele się gęsto i to w niezłym stylu. Jason, przez długoletnie życie w leśnych ostępach nauczył się wielu sztuczek, których pozazdrościć mógłby nawet sam Wes Craven, znany ze swojego zamiłowania do survivalu.

Mears wywiązał się ze swojego zadania wyśmienicie, 'nowy' Jason faktycznie stwarza poczucie namacalnego zagrożenia, daleko mu do powolnego kloca poruszającego się jak czołg, do którego przyzwyczaili widza poprzedni aktorzy odgrywający tę rolę.

Do sedna reżyser przechodzi dopiero w drugiej połowie filmu, gdy nad Crystal Lake przybywa kolejna grupa młodzieży, złożona ze stereotypowych i papierowych postaci, którym życzymy szybkiej, bolesnej i efektownej śmierci. Wśród ekipy znajduje się też Clay Miller (w tej roli Jared Padalecki, znany polskiej publiczności z serialu Nie z tego świata), poszukujący swojej zaginionej siostry główny bohater opowieści. Na miejscu czekają wszystkich wątpliwe atrakcje w postaci latających siekier, wirujących maczet, zabłąkanych strzał i zbyt ostrych narzędzi. Pomimo że wątkiem głównym jest tajemnica zniknięcia Whitney Miller, fabuła jest pretekstowa. Nispel nie kryje, że prawdziwym herosem tej opowieści jest pan Voorhees i to jego przychodzimy oglądać do kina, dlatego też film koncentruje się na przedmiotach kultu znanych miłośnikom serii. Jason dzierży nieodłączną maczetę, przechadzając się przez lokacje znane ze starych produkcji, początkowo w jutowym worku na głowie. Słynna hokejowa maska to materiał na osobny rozdział; Nispel wyraźnie lubuje się w jej pokazywaniu, poświęca kilka wyjątkowo długich ujęć, by wyeksponować wszystkie detale.

A sam Jason? Cóż, Derek Mears, odtwórca tej roli, przy kreowaniu swojego antybohatera wzorował się ponoć na zachowaniach drapieżników. Voorhees A.D. 2009 biega, skacze, dwoi się i troi, by obronić swoje terytorium. Mears wywiązał się ze swojego zadania wyśmienicie, „nowy” Jason faktycznie stwarza poczucie namacalnego zagrożenia, daleko mu do powolnego kloca poruszającego się jak czołg, do którego przyzwyczaili widza poprzedni aktorzy odgrywający tę rolę.

Czy nowy Piątek 13-go to film udany? I tak i nie, zależy czego oczekuje od tej produkcji potencjalny widz. Rewolucji nie uświadczymy, obraz Nispela to nadal stary, dobry Piątek Trzynastego ze wszystkimi jego zaletami i wadami, z niezłymi obrazami mordów, z czerstwym humorem, z kilkoma parami nagich piersi, z postaciami, które zapominamy po seansie. Do czego jednak naprawdę dąży odświeżona seria Piątku 13-go dowiemy się dopiero z sequela, będącego już w fazie pre-produkcji.

Tekst z archiwum film.org.pl (29.05.2009).

Ostatnio dodane