Recenzje

PEWNEGO DNIA. Proza życia raz jeszcze

Solidny dramat, rozpięty między studium przeżyć jednostki a społecznym usytuowaniem.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Nie od dziś wiadomo, że zwykłe sytuacje z życia codziennego potrafią być najlepszym materiałem na filmową opowieść. Z tego założenia wychodzi autorka węgierskiego dramatu obyczajowego Pewnego dnia, nagrodzonego w 2018 roku nagrodą FIPRESCI na festiwalu w Cannes. To propozycja w zamierzony sposób nieefektowna, oszczędna formalnie, skoncentrowana na pozbawionej niepotrzebnych ozdobników narracyjnych obserwacji dnia z życia pewnej zwyczajnej Węgierki. Surowy realizm to konwencja równie skuteczna, co wyeksploatowana przez dekady rozwoju X muzy. W odniesieniu do Pewnego dnia nasuwa się więc pytanie, czy film robi z tą konwencją coś ciekawego. Odpowiedź brzmi: niespecjalnie.

 

Trwający około stu minut pełnometrażowy debiut Zsófii Szilágyi to minimalistyczny obraz jednego przypadkowego dnia z życia głównej bohaterki. Anna jest kobietą koło czterdziestki, nauczycielką i matką trójki dzieci, pochłoniętą codziennymi obowiązkami i sprawami. Obserwujemy ,jak przygotowuje śniadanie, rozmawia z mężem, rozwozi dzieci do szkoły i przedszkola, pędzi do pracy i stara się zapanować nad życiowym chaosem. Na pierwszy plan wysuwają się w filmie dwa problemy – niepewność finansowa zadłużonej w banku rodziny oraz niesprecyzowana relacja romantyczna między mężem Anny a jej przyjaciółką Gabi. Drażniąca obecność tych wątków, które osaczają główną bohaterkę w jej codziennych zmaganiach, sugeruje rozsypywanie się z trudem budowanej stabilizacji i generuje dramatyzm postaci, rzucającej się z miejsca na miejsce w trakcie prozaicznych scen rodzajowych.

Węgierska reżyserka skupia swoją uwagę na granej przez Zsófię Szamosi Annie, zarysowując wszystkie wątki wokół jej subiektywnej perspektywy. W ten sposób Pewnego dnia skrupulatnie oddaje poczucie rosnącego przytłoczenia i osamotnienia bohaterki, tkwiącej w życiowym impasie i dręczonej przez poczucie bezsensu i nieużyteczności. Dotkliwie odczuwamy wraz z nią zdystansowanie się jej męża, frustrującą niesforność dzieci i absurdalną eskalację napięcia w relacji z teściową. Z tego pochodu mniejszych lub większych upadków wyłania się gorzki portret kobiety w średnim wieku, schwytanej w pułapkę rodzinnej rutyny i ekonomicznej niepewności. Przy tym Szilágyi stara się utrzymać wyważenie obydwu tych elementów i w efekcie wątek psychologiczny zgłębiany jest dyskretnie za pośrednictwem kolejnych prozaicznych scen, a kontekst społeczny zostaje w pewien sposób zawieszony, jak widmo wiszące niedostrzegalnie nad życiem Anny. Efektem jest bardzo surowa, precyzyjna narracja, unikająca przesady i gwałtowności, zamiast tego zapraszająca do empatycznej kontemplacji wysnuwanego z chaotycznej codzienności portretu bohaterki.

Pewnego dnia to rzetelne kino podejmujące ważne tematy, nieprzynoszące jednak oryginalnego, wyróżniającego się ich ujęcia.

Ta metoda sprawdza się tylko do pewnego stopnia. O ile bowiem powściągliwe i nienachalne Pewnego dnia wypada dobrze jako realistyczny dramat, o tyle brakuje w tym filmie jakiejś świeżości i czegoś, co by węgierski film wyróżniło. Szilágyi wykonuje sprawną filmową robotę, tworząc solidne kino społeczne, jednak ostatecznie jest to propozycja dość zachowawcza. W filmie wyraźnie pobrzmiewają estetyczne i polityczne tony postsocjalistycznego neorealizmu, jednak reżyserce brakuje drapieżności i humanistycznej przenikliwości Cristiana Mungiu czy Cristiego Puiu, które nadałaby temu obrazowi bardziej wymowny, nośny sznyt. Z kolei jako film feministyczny dzieło Szilágyi jest zaledwie powieleniem dobrze już rozpoznawalnych klisz (osamotnienie w życiu rodzinnym, nierówny status społeczny bohaterki, przeciążenie obowiązkami domowymi) i nie zbliża się nawet do wyrafinowanych obrazów mistrzyń tego nurtu, takich jak Agnès Varda, Chantal Akerman czy Anja Breien. Pewnego dnia to rzetelne kino podejmujące ważne tematy, nieprzynoszące jednak oryginalnego, wyróżniającego się ich ujęcia.

Głos Zsófii Szilágyi jest na pewno interesujący, choćby przez zawierzenie surowemu cinéma-vérité, a nie kojarzonym dziś mocno z kinem węgierskim metafizycznym czy surrealistycznym podszewkom (napędzającym chociażby Duszę i ciało Ildikó Enyedi – film, przy którym Szilágyi pracowała jako asystentka reżyserki). W Pewnego dnia Szilágyi udaje się zachować formalną powściągliwość, zbudować klarowną, ale subtelną opowieść i uniknąć fałszywych tonów. To z pewnością duże zalety filmu, szukającego znaczeniowego bogactwa w prostocie codzienności. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ów zwrot ku realizmowi nie niesie ze sobą zbyt wielu interesujących kontekstów otwieranych przez reżyserkę. Nie czyni to z Pewnego dnia filmu słabego, jednak pomimo swojego wyważenia i rzetelnej realizacji pozostawia on w widzu poczucie niedosytu.

Ostatnio dodane