Recenzje

PERFEKCJA. Netflix uczy się koreańskiego

„Perfekcji” brakuje tego, co obiecuje sam tytuł, bo choć wykonanie jest przyzwoite, do tego materiału potrzeba było ręki mistrza.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Twist & Shout

Przyjemność z obcowania z Perfekcją, nowym netfliksowym thrillerem, wynika z licznych wolt fabularnych, które stawiają na głowie wcześniejszy tok opowieści, każąc na nią spojrzeć z całkiem innej perspektywy. Coś, co początkowo zapowiada nieoczekiwany romans, szybko przeradza się w jeszcze bardziej nieoczekiwany horror, ale po pewnym czasie i ten zamienia się w coś innego. Nim minie połowa filmu, jedni widzowie będą zwyczajnie zmęczeni tą zabawą, a inni zaintrygowani możliwościami, jakie otwierają się dzięki ewoluującej na naszych oczach historii. Ale aby taka gra warta była świeczki, potrzeba czegoś więcej niż serii zaskoczeń – konieczny jest talent reżysera, który dostrzeże, że zmiana kierunku fabuły wymusza zmianę konwencji i tonacji. Że tam, gdzie groza, jest i śmieszność sytuacji doprowadzonej do granic prawdopodobieństwa, przewrotność całego konceptu nie może zaś przesłonić dramatu, który stoi u podstaw tej opowieści. Richard Shepard (Kumple na zabój, Dom Hemingway) wydaje się mieć świadomość tego wszystkiego, ale już nie umiejętności – Perfekcja w pewnym momencie wali się jak budowla z klocków, która pomimo solidnych fundamentów jest zbyt wymyślna konstrukcyjnie.

Wybitnie zapowiadająca się za młodu wiolonczelistka, Charlotte, poświęciła 10 lat swojego życia na opiekę nad chorą matką, a gdy ta umiera, dziewczyna postanawia przypomnieć się środowisku muzycznemu. Podczas konkursu w Szanghaju, gdzie pełni funkcję jurora, poznaje młodszą o kilka lat Lizzie, również grającą na wiolonczeli, gwiazdę światowego formatu, która wywodzi się z tej samej szkoły co Charlotte. Między kobietami momentalnie iskrzy, nic więc dziwnego, że wkrótce lądują w łóżku, a już nazajutrz planują wspólne wakacje. Lizzie dopada jednak choróbsko – jadąc autobusem przez kompletne pustkowie, dziewczyna zaczyna mieć wymioty i biegunkę, a niedługo potem zauważa, że coś pełza pod jej skórą.

Zatrzymam się w tym miejscu, gdyż to, co dzieje się później, całkowicie przewartościowuje opowieść, która do tego momentu jedynie nieznacznie zdradzała coś zgoła innego, niż oglądamy na ekranie. Ślady tego można odnaleźć zarówno w warstwie fabularnej, jak i realizacyjnej. Taki sam tatuaż, jakie obie bohaterki noszą na plecach, sugeruje tajemnicę kryjącą się za nim, podobnie blizny na nadgarstkach Charlotte widoczne w scenie, gdy wita się ze swoimi dawnymi nauczycielami, są sygnałem tragicznej przeszłości kobiety. Widok mężczyzny wymiotującego na gali i wzmianki o tajemniczym wirusie nieśmiało zapowiadają przyszły los Lizzie, ale niekoniecznie to, że będzie wymiotować robactwem. Film jest podzielony na części, których tytuły (zwłaszcza pierwszej – Misja) każą zastanowić się nad ich znaczeniem, a i liczne ujęcia, przeciwujęcia oraz kompozycje kadru, z bardzo „depalmowskim” wyostrzeniem obrazu na obu planach, zwracają naszą uwagę na subiektywizm narracji, ale też pewną umowność. Realizm wydaje się tu pozorny, choć trudno wskazać elementy, które jasno na to wskazują.

To wszystko decyduje o atrakcyjności pierwszej połowy filmu, która – jak już wspomniałem – zaczyna się niewinnie, a nawet romantycznie, aby stopniowo zamienić się w horror z intencją trudną do przewidzenia. Mając w pamięci Uciekaj!, domyślamy się, że angaż Allison Williams do roli Charlotte był nieprzypadkowy, co aktorka świetnie wygrywa, podczas gdy partnerująca jej Logan Browning z początku emanuje erotyzmem, aby w późniejszej części wyrzec się go na rzecz niezbyt schludnego widoku, kiedy zaatakuje ją choroba. Do tego momentu Perfekcja zaskakuje tym, jak udanie prowadzi fabułę, nie zdradzając się z tym, o czym naprawdę chce opowiedzieć.

Problemem nie jest historia ani tematyka, z którą ostatecznie mierzą się scenarzyści, lecz sposób, w jaki je traktują – z trudem dostrzegając ironię i śmieszność, za to wykorzystując szalone rozwiązanie jako poletko dla publicystyki.

Shepard bardzo pewnie przygotowuje grunt pod serię rewelacji w późniejszej części filmu, ale gdy te nadchodzą, sprawiają wrażenie wyjętych z zupełnie innego obrazu. Fabuła ucieka w rejony makabrycznej, okrutnej i odrealnionej bajki – co wcale nie jest złe – tyle że wszystko to jest zbyt poważne, co prowadzi do poczucia obcowania z kampową rozrywką. Być może taki też był zamysł twórców, lecz i to zostaje przekreślone, kiedy zostajemy uraczeni dosłownością, wyraźnie ulegającą mentalności ery #metoo. Problemem nie jest wcale historia ani tematyka, z którą ostatecznie mierzą się scenarzyści (Shepard, Eric C. Charmelo i Nicole Snyder), lecz sposób, w jaki je traktują – z trudem dostrzegając ironię i śmieszność, za to wykorzystując szalone rozwiązanie jako poletko dla publicystyki. Ostatnia scena sama w sobie jest pyszna, ukazując nam perfekcję w sadystycznej symetrii ciał, ale na uratowanie filmu jest już za późno.

Potrafię sobie wyobrazić Perfekcję w ujęciu jednego z koreańskich reżyserów, którzy doskonale opanowali sztukę poruszania się na styku gatunków, konwencji i nastrojów. W rękach takiego Parka Chan-wooka (którego twórczością Shepard się inspirował, co potwierdził w jednym z wywiadów) historia ta nabrałaby zdecydowanie bardziej przekonującego wyrazu, znajdując idealną równowagę pomiędzy tragizmem tematu, przewrotnością ludzkiej natury, która w bestialskim czynie dopatruje się znamion współczucia i litości, a ultrabrutalną groteską. Z drugiej strony reżyser Oldboya nakręcił nie tak dawno Służącą, tworząc arcysmakowity koktajl z tych samych elementów, co u Sheparda – seksu, sztuki, oszustwa, gwałtu i zemsty. Dla dobra amerykańskiej produkcji lepiej obu tych filmów ze sobą nie porównywać.

Ostatnio dodane