Recenzje

PANIENKI Z ROCHEFORT

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Olek Młyński. Zajrzyj na blog autora: EmptyMetalJacket

Po sukcesie Parasolek z Cherbourga z 1964 roku Catherine Deneuve powróciła do muzycznego uniwersum Jacquesa Demy’ego w Panienkach z Rochefort trzy lata później. Pierwszy film został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes i wypromował francuską aktorkę, dzięki czemu oczy całego świata skupiły się na niej. Już rok po Parasolkach Roman Polański obsadził ją w głównej roli Wstrętu, a dwa lata później Deneuve została wciągnięta w oniryczną podróż Piękności dnia Buñuela. Status kultowej gwiazdy lat 60. został przez Panienki jedynie przypieczętowany. W kontekście La La Land wielu krytyków podkreślało wpływ stylu Jacquesa Demy’ego na obraz Damiena Chazelle’a. Barwne, pełne rozmachu, acz bezpretensjonalne dzieła Francuza z pewnością stanowiły wizualną inspirację dla amerykańskiego reżysera.

Choć grana przez Deneuve postać Geneviève w Parasolkach stanowiła centralną oś fabuły, w Panienkach z Rochefort Demy rozkłada akcenty na zdecydowanie większą liczbę postaci. Mnogość bohaterów skutkuje oczywiście gęstszą akcją oraz większym rozmachem, niemniej efektem ubocznym  jest zanik największego atutu Parasolek, czyli intymności i szczerości, nietypowej dla zwyczajowego rozbuchania oferowanego widzowi przez musicale. Smutek i melancholia wcześniejszego obrazu zostały zastąpione przez barokową ekspansywność i beztroską radość. Tę zmianę nastroju podsumował najcelniej Terrence Rafferty, stwierdzając, że Demy próbował widza uwieść, a nie skonfrontować, próbując jednocześnie ukryć pesymizm, który mógł przebijać z zakończenia Parasolek Cherbourga.

Prosta wokaliza i wyśpiewywanie gam zastępuje w Panienkach stały dialog pomiędzy bohaterami,  jaki Demy tkał w Parasolkach. Ten subtelny zabieg, który można łatwo przegapić, najtrafniej chyba podkreśla różnicę pomiędzy dwoma obrazami. O ile pierwsze dzieło było bezprecedensową filmową operą, o tyle drugie to otwarty ukłon w stronę klasycznego musicalu amerykańskiego. I choć we wstępie skupiłem się na myśleniu o Parasolkach i Panienkach w tandemie, dużo rozsądniej jest spojrzeć na nie jako na niezależne od siebie dzieła. Warto jednak mieć na uwadze miejsce tych filmów w szerszym pejzażu kinematografii francuskiej lat sześćdziesiątych, bowiem obie realizacje stoją na skrzyżowaniu pomiędzy przystępnością tradycyjnego kina komercyjnego a buntowniczością nowofalowców. Krytycy i badacze twórczości Demy’ego podkreślają, że cukierkowa powłoka Panienek z Cherbourga skrywa pod sobą wiele intertekstualnych warstw. Zamiast na samej, dość konwencjonalnej, treści filmu, skupiono się na intelektualnym rozbieraniu go i próbach ulokowania w zrewolucjonizowanej przez Nową Falę rzeczywistości francuskiej kinematografii.

Skomplikowaną relację Panienek z ideami Francuskiej Nowej Fali dostrzec można, spoglądając na samą obsadę filmu. Oprócz wspomnianej Deneuve mamy tu jej siostrę, czyli Françoise Dorléac, oraz legendę amerykańskiego musicalu Gene’a Kelly’ego. Demy nie decyduje się więc na użycie naturszczyków lecz głośnych nazwisk. Obraz ten opowiada w pewien sposób o przeniesieniu i zaadaptowaniu amerykańskiej kultury na francuskiej ziemi. Michel Legrand, autor muzyki do filmów Demy’ego, zastąpił klasyczne kompozycje, znane choćby z Parasolek z Cherbourga, wibrującymi od jazzu propozycjami. W jednej ze scen padają wręcz słowa: „Wolisz Ellingtona i Basiego czy Michela Legranda?” Poza oczywistym samoświadomym żartem ten cytat podkreśla dualną naturę Panienek – dzieła z jednej strony stworzonego z zaimportowanych produktów, a z drugiej strony wciąż wypełnionego francuską duszą.

Największym odejściem od klasycznej hollywoodzkiej struktury z pewnością jest sposób prowadzenia narracji przez Demy’ego. Film pozbawiony jest głównego wątku i jasno zdefiniowanego protagonisty. Zamiast tego mamy tu raczej rejestrację wielu wydarzeń odbywających się w tytułowym Rochefort. Przypadek goni przypadek, konstelacje kochanków z przeszłości i teraźniejszości przeplatają się w skomplikowanej sieci połączeń i uczuć. Przewijającym się motywem są zakochani w sobie bohaterowie, mijający się przez przypadek i tracący okazję do rozpoznania się.

Z pewnością ciekawa jest sama kreacja miasta, utkana z dokumentalizmu (całość kręcona za dnia w naturalnym świetle na autentycznych ulicach miejscowości) i autorskiego zamysłu, w tym niemal demiurgiczna kontrola nad barwami budynków. W tym paradoksalnym świecie, gdzie stylizacja miesza się z realizmem, Demy poświęca wiele miejsca na artystyczną autorefleksję. Oprócz wspomnianego cytatu na temat relacji pomiędzy kulturą francuską a amerykańską, kluczowym odniesieniem może być sam tytuł nawiązujący do „Panien z Awinionu” Picassa. Znajdujące się na obrazie kobiety przedstawione są pod różnymi kątami, widz nie może obrać więc skonkretyzowanej perspektywy. Ten zabieg można niejako porównać do narracyjnej struktury filmu, w którym również ciężko przyjąć jedną, zdefiniowaną pozycję. „Panny z Awinionu” stanowiły symboliczne rozpoczęcie okresu kubistycznego w twórczości hiszpańskiego malarza. W podobny sposób Demy Panienkami z Rochefort zaczyna swój artystyczny dialog z klasycznym musicalem hollywoodzkim, porzucając bardziej autorskie początki reprezentowane przez Parasolki z Cherbourga.

Ostatnio dodane