Recenzje

OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE 5. Tylko dla zatwardziałych fanów slasherów

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Kiedy w 2000. roku do kin wchodziła pierwsza część Oszukać przeznaczenie – to było coś! Zamiast chodzącego wolnym krokiem, zamaskowanego mordercy to bezosobowe fatum zaczęło sprowadzać śmierć na niczego nie spodziewających się amerykańskich nastolatków. Pomysł był kapitalny i wprowadzał pewien powiew świeżości do gatunku, który już dawno padł ofiarą katastrofalnego wysypu kontynuacji wszelakich, stając się obiektem żartów, zarówno dla widzów, jak i dla filmowców (świetny Krzyk). Jedenaście lat później wszyscy są już przyzwyczajeni do tego, że Oszukać przeznaczenie również zapadło na sequelową chorobę, a śmierć upominająca się o cudownie ocalonych przestała już intrygować tak jak kiedyś.

Mamy więc rok 2011 i piątą część na ekranach. Jak na serię, która zaczęła się od niewykorzystanego pomysłu na jeden 40-minutowy odcinek Z Archiwum X – wynik całkiem niezły. W efekcie jedynym sensownym pytaniem kołaczącym się w głowie jeszcze przez wizytą na sali kinowej jest „co nowego można powiedzieć w tym temacie?”. Już druga część wyglądała jak niezbyt wyraźna kalka oryginału (i jedynie zapadająca w pamięć sekwencja karambolu chroni ten film przed zapomnieniem), a części z numerkami 3 i 4 oglądało się wyłącznie dla śmiechu i wątpliwej poprawy humoru. Nie owijając w bawełnę: najnowsza część to scenariuszowy, realizacyjny i obsadowy koszmar, nakręcony w tandetnym 3D mającym dostarczać jeszcze więcej atrakcji spragnionym krwi i lecących z ekranu wnętrzności widzom.

Przez pierwsze 15 – 20 minut film usilnie stara się udowodnić swoją znajomość wszystkich możliwych schematów gatunkowych i szablonów postaci, dzięki czemu każdego nie-nijakiego bohatera definiuje jedna przerysowana cecha sprawiająca, że mamy do czynienia z chodzącymi stereotypami. Szczególnie brylują tu wyjęty z Życia biurowego szef-kretyn i pan „wierzę, że jestem prawdziwym kobieciarzem”, którym od pierwszych scen życzyłem śmierci w męczarniach porównywalnych do moich własnych. Trochę inaczej prezentuje się sytuacja w odniesieniu do postaci kobiecych, które oprócz wyraźnej cechy charakteru mają piersi, na czym ich rys psychologiczny się kończy.

Kolejną bolączką scenariusza wiążącą się z jego odtwórczością jest zmuszenie bohaterów do ponownego uczenia się zasad rządzących „rozgrywką” – postacie błądzą jak we mgle podczas gdy widzowie już od czterech filmów doskonale wiedzą co jest grane i w jakiej kolejności ginąć będą kolejne ofiary. Natomiast kiedy pojawia się jakiś nowy dla serii pomysł („kradzież” życia innej osoby) bohaterowie nie muszą odkrywać nic na własną rękę, bo leniwy scenarzysta postanowił wrzucić do filmu Candym… tfu! Tony’ego Todda, który wykłada kawę na ławę nie pozostawiając żadnych wątpliwości. Zamiast grać koronera, mógłby zostać obsadzony w roli dowolnego bezimiennego budowlańca – wtedy przynajmniej miałby możliwość przyłożyć komuś łopatą w twarz dosłownie, nie tylko w przenośni. Pomysł ten zostaje oczywiście zupełnie zmarnowany, a kiedy twórcy już postanawiają z niego skorzystać, film zaczyna popadać w jeszcze inne schematy – te, od których pierwsza część „Oszukać przeznaczenie” usilnie starała się odciąć…

Obrazu całości nie ratuje nawet całkiem fajne, zaskakujące zakończenie i jedna scena (trening akrobatyczny ze zwiastuna), w której twórcom udało się budować odpowiednie napięcie. Ten film jest skierowany tylko i wyłącznie do najbardziej zatwardziałych fanów slasherów, którym niestraszne suche jak piaski Sahary dialogi i wątpliwe wyczyny anonimowych aktorów nie mających w swojej wcześniejszej filmografii żadnej znaczącej roli. Statystyczny widz, który w swoim życiu widział więcej niż dwa filmy będzie się w kinie zwyczajnie nudził, a w chwili nabicia się pewnej dziewczyny po upadku z mostu na maszt żaglówki (W 3D!) zastanowi się: „po co i dla kogo nakręcono coś takiego?”

Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks. Tekst z archiwum Film.org.pl (21 sierpnia 2011)

Ostatnio dodane