Recenzje

OPĘTANI. Miniatura apokalipsy w klimacie horroru

Kolejny, zupełnie niepotrzebny remake.

Autor: Bartosz Czartoryski
opublikowano

Jaka piękna ta filmowa apokalipsa! Drzemiące w człowieku atawizmy każą kupić bilet do kina i zachwycić się kolejny raz globalną destrukcją skąpaną w blasku bomb. Ze względnym spokojem patrzymy na ekran nawet wtedy, gdy budynki walą się na ziemię, a po ulicach błąkają żywe trupy. Gdzieś tam, w oddali migocze bowiem światełko na końcu tunelu, dając komfort myśli. Willowi Smithowi uda się wreszcie wynaleźć lek na wampiryzm, Roland Emmerich przegoni zagładę świata, a kosmici spakują z powrotem swoje lasery na latające spodki. Nawet jeśli planeta eksploduje w drobny mak, Alex Proyas da nam nowego Adama i Ewę. A jednak w 1968 roku nie było to takie oczywiste. Skrajny pesymizm Nocy żywych trupów nie dawał ludzkości szans na przeżycie najbliższych dób. George A. Romero, nihilistyczny prorok apokalipsy, w swoim trupim cyklu zaludnił już chyba całą Ziemię mięsożernymi zombie. Raz nawet, w roku 1973, zapragnął zesłać na miasteczko w Pensylwanii plagę – szał mordowania. Po zebranym wtedy żniwie, wirus Trixie musiał trwać prawie czterdzieści lat w uśpieniu. Odrodził się w naszych kinach piątego marca 2010 roku z pomocą Brecka Eisnera i jego Opętanych.

W Opętanych niewiele zostało z ducha filmu Romero.

Mieścina Ogen Marsh, licząca zaledwie tysiąc dusz z górką, staje się areną lokalnej apokalipsy, gdy w okolicy wojskowy samolot przewożący broń biologiczną ulega wypadkowi. Pech chce, że Trixie dostaje się do systemu wody pitnej i rozprzestrzenia błyskawicznie. Symptomami choroby są obłąkany wzrok, nabrzmiałe żyły i przemożna żądza krwi. Jak mówi telewizyjna reklama – „na APAP jest już za późno”. Okres inkubacyjny wirusa to 72 godziny, więc do końca nie wiadomo, kto z nami, a kto przeciwko nam. Amerykańskie wojsko znajduje rozwiązanie zdolne pogodzić wszystkich – decyduje się na całkowitą izolację miasteczka i przymusową kwarantannę. Widz nie musi czekać długo, nim runą płoty odgradzające zarażonych szaleństwem mieszkańców od zmuszonych walczyć o swoje życie, głównych bohaterów: szefa policji Davida, jego żony Judy oraz zastępcy szeryfa, Russella.

Oryginalna wersja The Crazies korzystała z podobnych rozwiązań dramaturgicznych, co fabularny debiut Romero, jednak nie udało jej się powtórzyć sukcesu Nocy żywych trupów. W efekcie film podzielił los wielu innych produkcji, nazywanych w Stanach Zjednoczonych, z uwagi na późną porę emisji, „late, late show”. Romerowski The Crazies zasłużył na lepszy los, chociażby ze względu na poruszaną tematykę, często zbyt trudną dla horroru. Romero, dysponując minimalnym budżetem, osiągnął względny sukces. Udało mu się przekonująco pokazać histerię tłumu w obliczu zagłady, reprezentowanej przez ekspansywny militaryzm, gdy wszelakie reguły moralne odchodzą w zapomnienie. W Opętanych niewiele zostało z ducha filmu Romero. Eisner koncentruje się na trójce głównych bohaterów, próbujących dociec, co wydarzyło się w Ogden Marsh. Mając za przeciwników nie tylko zarażonych, ale i wojsko, które najpierw strzela, potem zadaje pytania, trójka bohaterów wędruje od kryjówki do kryjówki.

Mechanizm „straszący” wykorzystany przez Eisnera jest bardzo prosty. Gdziekolwiek nie znajdą się David, Judy i Russell, widz może być pewien, że zza węgła wychynie „opętany” wymachując ostrym (lub tępym) narzędziem. Jak w komputerowej grze, w każdym ciemnym kącie czai się wróg, gotów odebrać ocalonym punkty życia. Inaczej niż w The Crazies, gdzie zło czyhało niemal wszędzie, atakując falą, w Opętanych szaleńcy zazwyczaj atakują pojedynczo, na czym cierpi atmosfera filmu, mającego w założeniu zbudować duszny klimat. Ogden Marsh ma być pułapką bez wyjścia, opanowaną przez hordy szaleńców, a po mieścinie błąkają się jedynie pojedynczy zarażeni. Histeria! Panika! Terror! Ale nie w Opętanych. Wydaje się, że bolączką twórców remake’ów dzieł Romero jest nieustanny problem ze skalą wydarzenia. Zarówno Snyder w Świcie żywych trupów, jak i Eisner, sprowadził apokalipsę do rozmiarów miniatury.

W półtorej godzinie zmieszczono zadziwiająco mało treści. Płaska psychologia bohaterów sprawia, że ich dramat nie ma szansy stać się dramatem naszym. Idealne rozegrany choćby w Coś Johna Carpentera motyw „zarażonego pośród nas” nie przyspiesza bicia serca, następny dzierżący widły czy strzelbę szaleniec – też nie. Opętani stają się kolejnym, zupełnie niepotrzebnym remakem. Szkoda, bo nieustannie po głowie kołacze się pytanie, cóż mógłby z takim budżetem zrobić Romero w 1973. Eisner utopił go w nie mającej za grosz wyobraźni opowieści, jak to trójka ludzi z piekła uciekała, choć ogień w nim płonął letni. A widz? Jemu przyjdzie się ogrzać jedynie przy świetnie zrealizowanej, końcowej scenie.

Tekst z achiwum film.org.pl (10.03.2010)

Ostatnio dodane