VHS

OCTAGON. Chuck Norris, ninja, Batman i syntezator mowy Ivona

Ninja zajmują zaszczytne miejsce w kanonie dzisiejszej popkultury, a wprowadził je tam właśnie "Octagon".

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Wojowniczy Norris Ninja

“Supergwiazda sztuki walki wschodniej” – głosi pierwsze zdanie z okładkowego opisu, “gwiazda kung-fu” – doprecyzowuje lektor i choć mija się z prawdą, bo mamy do czynienia z sześciokrotnym mistrzem świata w karate, to wszystkie te fanfary są jak najbardziej słuszne, bo oto mamy do czynienia nie tylko z bohaterem najbardziej czerstwych żartów na świecie, ale także tytanem kina akcji i – w moim odczuciu – jego najlepszym filmem.

Dla polskiego widza zaopatrzonego w taśmę wydaną przez na wpół legendarne Video Rondo bohaterów może być jednak dwóch, choć drugiego jedynie usłyszą. Głos lektora, Jacka Labijaka, możecie kojarzyć z wielu filmów (zdecydowanej większości wydanej przez Video Rondo), możecie kojarzyć także z Teatru Wybrzeże i na przykład szeroko omawianego spektaklu Mapa i terytorium napisanego w oparciu o prozę Michela Houellebecqa, ale to wciąż nie będzie to… “Witaj, jestem Jacek. Jestem głosem syntezatora mowy Ivona. Trudno uwierzyć, że nie jestem człowiekiem, prawda?” – a to znacie? Tak jest, Jacek to tak naprawdę człowiek, a jego nazwisko to Labijak i jeżeli jeszcze nie widzieliście kasety z Octagonem, to właśnie zrujnowałem wam seans, bo odtąd przez cały czas będziecie mieć wrażenie, że odczytuje go syntezator.

Połączenie sił Norrisa i Labijaka dokonało się na YouTube już dziesiątki razy, jedno z nich ma nawet blisko osiemset tysięcy wyświetleń. Tym razem nie mamy do czynienia z odczytem kawałów, ale jest równie zabawnie, gdy lektor rzuca absurdalnymi tekstami typu: “Z taką dziewczyną chciałbym się związać – śliczna, ale nie za bardzo […]. Dobra w łóżku, to widać po tym, jak się rusza” albo “- Zawsze potrafiłeś się dobrze ustawić, ja nie. – Ty zawsze byłeś smutnym sukinsynem, ja nie”. Jest także zalecająca się niewiasta wyznająca: “Masz osobowość, ja muszę czymś nadrabiać”; są mądrości w stylu Paulo Coelho: “Ciało może spać, umysł nigdy”; jest gorzka proza życia: “Oto moje życie, orzeszki zawsze są po drugiej stronie baru” i obowiązkowe nietrafione tłumaczenie – kobieta, która chce się pochwalić umiejętnościami medium, wyznaje: “People say I’m psychic”, co w polskiej wersji przemieniono na… “Ludzie mówią, że jestem psychiczna”.

Dorzućmy do tego klasyczną fabułę – zmęczony nieustającymi potyczkami wojownik przechodzi na emeryturę, by cieszyć się urokami życia, ale dawny fach nie daje o sobie zapomnieć i raz jeszcze zmusza go do wkroczenia na wojenną ścieżkę. Dodajmy przedziwne introspekcje w postaci wyszeptywanych, wzmacnianych echem myśli Chucka Norrisa, a wszystko będzie wskazywać na kolejny klasyk kina akcji klasy B oraz immanentny dla tego “gatunku” kicz… Tyle, że nie jest to prawdą.

Plotka głosi: Wojownicze Żółwie Ninja powstały na podstawie prawdziwej historii. Kiedyś Chuck Norris połknął żółwia w całości, a kiedy go wydalił, tamten miał półtora metra wzrostu i umiał karate.

W odróżnieniu od wielu podobnych produkcji, Octagon zgarniał pozytywne recenzje tuż po premierze, nie musiał czekać na status filmu kultowego, ocalonego przed zapomnieniem i niezrozumieniem świadków jego pierwszych projekcji. Stało się tak dlatego, bo to właśnie za jego sprawą ninja urośli do rangi popkulturowych filarów. Słynna seria Shô Kosugiego (rozpoczęta przez Wejście ninja) powstała rok później, bezpośrednio inspirując się Octagonem, wkrótce dołączył do nich także Amerykański Ninja z Michaelem Dudikoffem i dziesiątki innych, zazwyczaj znacznie gorszych przedsięwzięć.

Dzisiaj wojownicy cienia kojarzą się przede wszystkim z Ninjago, Power Rangers Ninja Steel albo z Wojowniczymi Żółwiami Ninja, czyli z kolorowymi, komediowymi historiami przeznaczonymi dla najmłodszych widzów, a Chuck Norris przyczynił się do tego w niezamierzony sposób. Ninja byli obecni w zachodnim filmie już od lat 60. (walczył z nimi między innymi James Bond w Żyje się tylko dwa razy), ale nagła sława sprawiła, że niemal każdy producent wyspecjalizowany w niskobudżetowych historiach chciał mieć ich przed kamerą. Zaczęły się poszukiwania, zgłębianie historii i szybko okazało się, że japońska kinematografia niewiele ma do zaoferowania. Znacznie więcej znaleziono w Hong Kongu i przebojach pokroju Five Element Ninjas, a dla wielu białych ludzi nie było żadnej różnicy pomiędzy Japonią, Hong Kongiem, Chinami czy Koreą. Nie uwzględniono także wciąż żywej niechęci do Kraju Kwitnącej Wiśni, wynikającej z jego imperialistycznych zapędów z czasów II wojny światowej. Japończycy portretowani byli jako demoniczni najeźdźcy, niemal zawsze postacie negatywne i także tutaj kolorowe, działające w świetle dziennym, dążące do bezpośredniej konfrontacji ninja, co nijak się ma chociażby do stereotypowego wizerunku tych postaci jako niezwykle zręcznych skrytobójców działających szybko i z zaskoczenia.

Octagon wyróżnia się na tym tle jako jeden z nielicznych filmów, które miały ambicje, by ukazać mroczną naturę ninja. Przykłady podobnych działań można zliczyć na palcach jednej ręki – Ninja: Cień łzy, do pewnego stopnia Ninja zabójca czy Ninja Scroll i przewrotnie Batman: Początek, gdzie Christopher Nolan (świadomie lub nie) doskonale uchwycił naturę wojowników cienia. Mroczny Rycerz pojawia się i znika nie wiadomo kiedy i skąd, nie wdaje się w dłuższe starcia (poza tym z Ra’s Al Ghulem), a jego metody zakładają wykorzystywanie ciemności i strachu. To esencja natury ninja i trudno uwierzyć, że nikt jeszcze nie wykorzystał jej na ekranie w pełni. Z kolei Octagon przy całej swojej tandecie prezentuje się wyśmienicie. Nieraz was rozśmieszy charakterystyczną dla lat 80. przaśnością, ale według mnie zajmuje wyjątkowe miejsce w historii kina akcji i powinien stanowić wzór dla znacznie ambitniejszych przedsięwzięć.

Ostatnio dodane