Recenzje

OBRAZ POŻĄDANIA. Niezbyt gorący…

Telewizyjny hrabia Drakula i dziewczyna z "Teneta" w stylowo przeartyzowanym dziele.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Sztuka puka

Użycie muzyki klasycznej w filmach stanowi częsty i efektowny, acz ryzykowny zabieg – zwłaszcza na otwarcie. Bez wyraźnego stylistycznego zamiaru lub dystansu do całej sekwencji takie rozwiązanie trąci bowiem banałem i pretensjonalnością. A tak właśnie rozpoczyna się Obraz pożądania Giuseppe Capotondiego – fragmentem z Händela (konkretnie Largo z Ombra mai fu). Ma on swoje wytłumaczenie w odniesieniu rzeczonego obrazu do sztuki jako takiej, lecz wprowadzony został kompletnie bez pomysłu, bez natchnienia.

Niestety ten brak konkretnej idei przyświeca też napisom końcowym (już tradycyjnie zilustrowanym, tak jak i cały film, przez niezawodnego Craiga Armstronga, którego charakterystyczne uderzenia fortepianu robią klimat dla tej, ostatecznie dość ponurej, historii). Gdy się na nie patrzy, szukając w tym wszystkim sensu lub drugiego dna, wydaje się, że coś nie do końca zagrało jak powinno, że projekt nie został najlepiej przemyślany i że gdzieś po drodze doszło do utraty myśli przewodniej – jakże ważnej dla sztuki przecież.

 

Show kradną z dużą łatwością weterani kina, pojawiający się w zaledwie kilku scenach.

Cała produkcja co prawda jakąś wielką sztuką nie jest, lecz zarówno posiada potencjał na „coś więcej”, jak i o sztuce prawi, przynajmniej poniekąd. Mamy więc krytyka tejże sztuki (Claes Bang), wprowadzającego nas w meandry jej odbioru i percepcji oraz, co ważniejsze, dwuznaczności za pomocą zgrabnego wykładu na temat konkretnego egzemplarza jednego z mistrzów pędzla. Na wykład ten trafia trochę jakby z przypadku śliczna jak obrazek Elizabeth Dębicki, naturalną koleją rzeczy kradnąc dla siebie całą uwagę krytyka (jak i widza). Rżną się (bo nie ma co ukrywać, że jest inaczej) i badają granice wzajemnej fascynacji. Fascynacji czysto scenariuszowej, bo choć aktorsko jest to rzecz wygrana, czuć niedopowiedzenia wiszące w powietrzu oraz odpowiednią chemię, a sceny seksu są naprawdę ładne i naturalne, to ja jakoś za diabła nie mogę uwierzyć w cały ten związek instant. Być może to kwestia doboru aktora, ostatnimi czasy kojarzonego z hrabią Drakulą, a być może samej postaci krytyka – bardziej odpychającego niż przyciągającego. A może po prostu brak w tym wszystkim prawdziwie gorącej pasji?

Ale, było nie było, on zaprasza ją w dalsze miłosne wojaże, bo tak się składa, że otrzymał zaproszenie do willi pewnego bogacza, gdzie czeka go szansa spotkania oko w oko i przeprowadzenia wywiadu z jednym z największych i najbardziej kontrowersyjnych malarzy swojego pokolenia – Jerome’em Debneyem. I tak oto zaczynamy się odbijać od całej tej sztuki w pięknych, acz skrytych w półtonach krajobrazach, trzymani w niepewności i nieufności do samego miejsca, postaci, intrygi. Nic w The Burnt Orange Heresy (poetycki tytuł oryginalny oraz książki Charlesa Willeforda, na której motywach powstał) nie jest bowiem takie, jak się początkowo wydaje…

Co nam jednak pozwala połknąć haczyk i śledzić z zaciekawieniem rozwój wydarzeń – finalnie jakkolwiek absurdalnych – to nie tyle wprawna narracja, niespiesznie dozowana przez reżysera, dla którego jest to dopiero druga w ostatnich dziesięciu latach fabuła, co wyborny zespół aktorski. Dębicki sprawia, że jej dziewczyna znikąd jest przyciągająca pomimo scenariuszowej mizerii, która również donikąd ją prowadzi. Claes Bang jest z kolei, jak już pisałem, mało wiarygodny jako kochanek, któremu nie można się oprzeć, ale jego specyficzna twarz i niedookreślenie zamiarów pozostają intrygujące.

Show kradną im przy tym z dużą łatwością weterani kina, pojawiający się w zaledwie kilku scenach. Donald Sutherland, który zastąpił Christophera Walkena w roli wyalienowanego społecznie malarza, stanowi klasę samą w sobie i chociaż i on nie dostaje szansy, aby naprawdę rozwinąć skrzydła, to ruchomy obraz (niekoniecznie pożądania) odżywa za każdym razem, gdy tylko pojawia się w kadrze. Podobnie powracający na duży ekran po latach koncertowania „Mr. Rolling Stone” Mick Jagger, z którego aktor co prawda żaden, ale jego wrodzona charyzma i sceniczny magnetyzm osobowości większej niż życie dają o sobie automatycznie znać.

Nie jest to może kwartet, na który udało się rozpisać koncert godny Händla, ale wystarczy za samo polecenie seansu. Seansu, który wydaje się powielać błędy poprzedniej stylowej produkcji o sztuce z udziałem Dębicki – Vita & Virginia – a więc również zbudowanego z dwóch nie do końca lepiących się ze sobą fabuł. Z perspektywy szukającego w kinie głównie rozrywki widza, ta druga, podszyta wątkiem iście kryminalnym, wydaje się ciekawsza, bo więcej w niej dynamiki i napięcia, nawet jeśli jest głupawa, przewidywalna i… zbędna. Emocjonalnie bardziej angażuje jednakże pierwsza część filmu, być może dlatego, że sama poszukuje, zadaje pytania i nie udziela wszystkich odpowiedzi na nie. Jest też spójniejsza. Acz powolna.

Zatem sztuka jednak zwycięża? Niezupełnie. Finałowa wolta z miło łechcącą przewrotnością losu i próba szczęśliwego pogodzenia ambicji (czyżby zbyt wygórowanych?), jakie z początku zapowiadał Händel, oraz nadania temu wszystkiemu własnego odcisku może się podobać, gdyż zmusza do interpretacji oglądanej na ekranie sztuki, jakby spełniając wprowadzające do filmu słowa krytyka. Tylko czy jest tu ona w ogóle potrzebna, czy też stanowi tylko sztu(cz)kę dla sztuki? Obraz stworzony z jej pożądania – nigdy niezaspokojonego. I pozbawiony prawdziwej inspiracji. A na to już, dobry Boże, nawet Händel nie pomoże.

Ostatnio dodane