Recenzje

OBCY KONTRA PREDATOR 2. Rozczarowujący film o starciu legend kina science fiction

Autor: Marek Klimczak
opublikowano

Ktokolwiek zabiera się za nawiązania do obiektu kultu, winien mieć – i z pewnością ma – świadomość nieuchronności porównań. Faktem jest, że zarówno Obcy, jak i Predator są bohaterami filmów kina akcji z najwyższej półki, którzy mają ogromne rzesze miłośników, może nawet fanatyków. I faktem jest, że poprzeczka jakościowa, jaką ustanowiły głównie trzy części Obcego (Obcy: Przebudzenie odstające od trylogii i tak trzyma niezły poziom), jak i dwie części Predatora powoduje, iż każda kolejna odsłona skazana jest na dwie rzeczy: radość fanów (bo znów zobaczą swoich idoli) i ich wysokie oczekiwania (bo liczą na wrażenia zbliżone do tych, dzięki którym stali się fanami). Sequel to słowo nierozłącznie związane ze współczesną kinematografią, nazwijmy ją dość umownie „masową”. Problem pojawia się wtedy, gdy gotowe dzieło nie spełnia oczekiwań widzów i tu się rodzi główny konflikt, bo widz masowy a fan to dwie różne kategorie widza – obecność fanów jest pretekstem do powstania kontynuacji, ta zaś nadzwyczaj często wydaje się kierowana do widza masowego. Owszem, są osoby, które mają niebywałą zdolność takiego opracowania sequela, który nie tylko satysfakcjonuje fanów, ale dodatkowo podsyca ich zamiłowanie do tematu i dokłada swoją cegiełkę do tworzenia legendy. Takim człowiekiem jest James Cameron, takim człowiekiem jest David Fincher. Ale są niestety też osoby, które mimo zamiłowania i według mnie szczerych chęci pozbawione są odpowiedniego talentu, by dać widzom nie tylko to, czego oczekują, ale by zaproponować dodatkowo własną wizję, która będzie na tyle atrakcyjna, by fani ją zaakceptowali. I takimi ludźmi są zarówno Paul W.S. Anderson, jak i bracia Strause, reżyserzy odpowiednio pierwszej i drugiej części konfrontacji Obcego i Predatora na ekranach kin.

Jest sporo nawiązań do poprzednich części, jest sporo dobrych scen z udziałem tytułowych bohaterów. W wielu opiniach podkreślana jest postać Predatora, znów fascynującego łowcy, który na ekranie rządzi i dzieli.

Obcy kontra Predator 2 jest filmem przeciętnym. Z całej niezwykłości, jaka narodziła się w pamiętnych filmach Ridleya Scotta i Johna McTiernana, nie zostało już niemal nic. Nie wiem, jak miałaby wyglądać dobra kontynuacja, nie jestem ani scenarzystą, ani pisarzem, ani reżyserem, ani w ogóle żadnym twórcą. Ale wiem tyle, że kiedyś był rok 1986 i Cameron wiedział, jak zrobić sequel tak, aby nikt nie mówił, że poprzeczka ustanowiona przez Scotta była za wysoko, żeby jej dorównać. I wiem, że w roku 1992 to samo umiał zrobić David Fincher. I wiem też, że może nie tak wysokiej próby, ale podobnego gatunku zdolność miał Stephen Hopkins wydając w roku 1990 sequel Predatora. Dlatego przykro mi i nie umiem się nijak pogodzić z faktem, że tak znakomite dwie serie (choć Predator uboższy) zaniżyły loty pod niemal każdym względem. W przypadku Obcego: Przebudzenia ten spadek formy serii był widoczny, ale w granicach tolerancji. Były pomysły, był klimat, brakło „czegoś”. W przypadku obu części Obcy kontra Predator niestety zbyt łatwo wskazać błędy i to boli fanów chyba najbardziej.

Zacznijmy od plusów Obcy kontra Predator 2, bo te oczywiście są. Mimo wszystko cieszy fakt, że twórcy wydają się być mało utalentowanymi fanami obu serii, nie zaś tylko wyrobnikami bez talentu, którzy robią to, co robią, bo im za to płacą. Jest sporo nawiązań do poprzednich części, jest sporo dobrych scen z udziałem tytułowych bohaterów. W wielu opiniach podkreślana jest postać Predatora, znów fascynującego łowcy, który na ekranie rządzi i dzieli. Jeden przeciw wielu, i radzi sobie wyśmienicie zgodnie z tym, co o Predatorze wiemy z poprzednich odsłon. Sam pomysł przeniesienia akcji w warunki ziemsko-współczesne jest interesujący, choć w efekcie staje się jedną z przyczyn klęski filmu (otoczenie jak i bohaterowie wypadli zbyt pospolicie, choć oczywiście przy pewnej wyobraźni dało się tego uniknąć). Również postać Predaliena wypadła bardzo dobrze i choć sam pomysł nie jest nowy (komiksy, gry), na dużym ekranie jeszcze go nie spotkaliśmy i jest to mała cegiełka, która coś dodaje do filmowego uniwersum alienowo-predatorowego. Za jeden z większych plusów należy bezwzględnie policzyć soundtrack i efekty dźwiękowe, które sprawiają, że rodzą się w widzu wspomnienia znajomego klimatu.

Ogólnie Obcy kontra Predator 2 można podsumować jako szereg dobrych pomysłów, które poległy w wykonaniu. Niestety, niski budżet (który jakoś nie przeszkadzał Cameronowi w Terminatorze) objawia się tym, iż co prawda na ekranie sporo się dzieje, ale widz niewiele z tego widzi. Dużo zbliżeń, krótkie ujęcia, ciemno, deszczowo – to wszystko sprawia, iż w gruncie rzeczy nie da się na bieżąco określić kto, kogo, czym i po czym aktualnie tłucze. I jest to jeden z największych mankamentów  filmu jako kina akcji, bo przez to akcja nie wciąga, nie interesuje jej rozwój, tylko ogarnięcie, co się w ogóle tam dzieje, bo trudno się zorientować. Drugim zaś ogromnym minusem są bohaterowie ludzcy, spośród których żaden nie ma osobowości wartej zapamiętania (już nie wspominając o charyzmie) i którzy wypowiadają fatalne kwestie. Ja rozumiem, że to kino akcji, a nie dramat psychologiczny, ale właśnie między innymi dzięki bohaterom ludzkim poprzednie filmy, w których pojawiał się Obcy bądź Predator, oglądało się z zainteresowaniem od początku do końca, nie tylko podczas scen akcji, a jak wspomniałem wcześniej, również te są dalekie od ideału. O ile AvP Andersona da się darzyć sympatią ze względu na sceny akcji, nawet mimo braku sensownego scenariusza i ciekawych postaci, o tyle AvP:R pozbawiony jest obu tych elementów.

Należy zaznaczyć, iż powyższa krytyka wynika w dużej mierze z oczekiwań wobec pewnego rodzaju kontynuacji legendy dwóch fenomenalnych postaci kina akcji/sci-fi/horroru. Za marnowanie tak znakomitego materiału wyjściowego należy się spory minus, bo jestem zdania, że skoro ktoś zabiera się za opowiedzenie czegoś nowego na tak znany i lubiany temat, to niech będzie to coś ciekawego i interesującego, albo niech po prostu milczy. Można kręcić filmy średnie, można nawet słabe. Ale dlaczego mają to być filmy żerujące na czymś, co wielu pamięta jako doskonałe? Przecież bracia Strause mogli sobie szlifować warsztat w dowolny sposób, dlaczego postanowili ruszyć temat z poziomu, do którego nie dorastają, i, przypuszczam, mają tego świadomość? Dodam, iż według mnie poziom starej sagi jest do osiągnięcia, bo kino zna takie przypadki. Batman wydawał się nie do ruszenia, aż pojawił się Christopher Nolan i zaproponował własną wizję, Stallone, przez tak wielu krytykowany, nakręcił film znakomicie podsumowujący tasiemca o nazwie Rocky, zaś Martin Campbell odświeżył jakże wyeksploatowanego agenta 007 w taki sposób, iż wielu uważa Casino Royale za najlepszą odsłonę przygód Jamesa Bonda. Da się. I nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobić bardzo dobry film w oparciu o Obcego i Predatora. Głęboko wierzę, iż prędzej czy później doczekamy się filmu z jedną bądź obiema tymi postaciami, który bez skrupułów będzie można stawiać w jednym szeregu z filmami Camerona, Scotta, McTiernana czy Finchera. Ale wielki powrót wymaga nieco poprzedzającej go miernoty, inaczej nie byłby wielki i triumfalny…

Tekst z archiwum film.org.pl (07.01.2008).

Ostatnio dodane