VHS

NOCNI NAJEŹDŹCY. Zanim „Nightflyers” było serialem Netfliksa

Tandetny, ale przyjemny lot

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

W środę Jakub Piwoński opowiedział nam o wrażeniach po seansie dwóch odcinków nowego serialu SF Netfliksa – Nightflyers. Nie omieszkał dodać, że rzecz oparto na prozie George’a R.R. Martina pod tym samym tytułem i że już w latach 80. filmowcy przenieśli ją na ekran. Dziś zajmiemy się tą ejtisową produkcją, w Polsce znaną z kaset video jako Nocni najeźdźcy.

Profersor O’Branin kompletuje grupę naukowców i wyrusza z nimi w kosmos, żeby zbadać sygnały dochodzące z końca galaktyki. Grupa stanie naprzeciwko tajemniczych zdarzeń, których źródłem okaże się sam statek.

W 1987 roku premierę miały Predator i RoboCop, dwa giganty kina rozrywkowego i SF zarazem. Pojawili się też Nocni najeźdźcy, wypadający wyjątkowo blado wobec tak szacownego towarzystwa. Film został zjechany przez krytykę i zignorowany przez widzów; dopiero seanse w kablówce pozwoliły producentom wyjść nieznacznie na plus. Nie ma się co dziwić, obraz jawi się jako tani i regresywny (dla kina i gatunku) – operujący kliszami, ociekający kiczem, z bublowatą historią rozpostartą na plecach nieprzekonujących bohaterów. Z kosmosem, w którym wszystko wygląda jak żart z widza. Tekturowy w obrazie technikaliów i wielce nieoryginalny – jakby twórcy wpadali ciężarówką na skup kosmicznych schematów, ładowali wszystkie na pakę, a potem wykopywali przed kamerę. I chociaż tytuł łączy SF i horror, a fabuła jest gęsto usiana tajemnicami, to trudno mi sobie wyobrazić, by jakikolwiek widz poczuł choćby cień niepokoju. Zwłaszcza że patrzymy kuriozum, operujące typową dla epoki estetyką rodem z teledysku A-ha czy Duran Duran. Słowem, mamy tu kosmicznie czerstwy twór. Tyle że… W momencie, kiedy już się z tym pogodzimy, a wszelkie potrzeby związane z dobrym kinem zostały z nas wyssane – możemy zacząć zabawę. Nie szampańską, ale przyzwoitą zabawę typu retro.

Zacznijmy od obsady. I żeby nie przedłużać: perełek aktorskich brak, za to kilka twarzy ożywia ten dziwaczny twór. Wyróżnia się Catherine Mary Stewart, znana z Nocy komety – aktorka nader urodziwa i całą sobą (włącznie z fryzurą i ciuchami) dopełniająca i podbijająca ejtisowy klimat. W roli telepaty szarżuje dziko Michael Des Barres – aktor i muzyk. Jako tajemniczy kapitan statku pojawia się Michael Praed, unieśmiertelniony tytułową rolą w kultowym serialu Robin z Sherwood. Tutaj wygląda, jakby urwał się z planu Diuny Davida Lyncha, a poza tym wprowadza pierwiastek romantyczny – jego historia jest tragiczna, a czyste spojrzenie i spokojny głos przyciągają postać graną przez Stewart. Reszta aktorów jest tłem dla wspomnianej trójki.

(...) patrzymy na kuriozum operujące typową dla epoki estetyką rodem z teledysku A-ha czy Duran Duran.

Fabuła do najprostszych nie należy. Pojawia się motyw klonowania samego siebie przy jednoczesnej zmianie płci obiektu wtórnego – tak by uczynić z niego seksualną rozrywkę. Wątek statku opanowanego przez demoniczny komputer. Telepatia jako dar i przekleństwo. Rozłam wewnątrz grupy. Koszmary i omamy. Zazdrość o syna. W przestrzeni kosmicznej będą wybuchały (głośno) statki, a ciało bez głowy zacznie atakować ludzi nożem. Z palców i głów postaci popłyną snopy niszczącej energii, a wyłaniający się w końcówce demon okaże się fizycznie zbliżony do opętanej dziewczynki z Egzorcysty. Zaliczymy też cięcie twarzy laserem. Nim jednak dojdzie do tych wszystkich dramatycznych zdarzeń, będziemy oglądać naukowców dyskutujących w przestrzennym pomieszczeniu, przypominającym nowoczesną kawiarnię. Obraz ma też pewien posmak fantasy. Bo chociaż bohaterów unoszą w przestrzeni silniki, to sceneria przypomina także zamek. Korytarze statku, skrywające wiele sekretów, spowija mgła. Rzecz jest fabularnie nieuzasadniona, ale to kwestia estetyki – reżyser „domistyczniał” każdą scenę dymem na bazie oleju, przez co plan filmu był śliski i narażał ekipę na stłuczenia. W jednej ze scen migną nawet organy – ale nie pytajcie mnie, co robią w kosmicznym pojeździe.

Klimat fantasy wzmaga obecność Michaela Praeda. Kiedy pojawia się na ekranie, niemalże słychać motyw muzyczny Clannad z kultowego serialu, a dodatkowo gra on tu romantyczną postać, uwięzioną na statku niczym księżniczka w ciemnej wieży i marzącą o choćby chwili prawdziwej wolności i prawdziwego uczucia. Te zabiegi nie dodają produkcji powagi, ale specyficznego klimatu – na pewno. Po tym, jak Ridley Scott i James Cameron pokazali, że kosmos jest mroczny, ciemny i groźny, Robert Collector próbował straszyć mieszaniną Sigmy i Pi z przaśnym wideoklipem (co momentami działa hipnotyzująco). Nie wykazał żadnego talentu w kwestii prowadzenia aktorów czy budowania napięcia. Nie celował w oryginalność wizji – wziął swoje z Odysei kosmicznej, Obcego czy Lśnienia i zlepił na piankę do włosów. Podobno najwięcej siły włożył w to, aby każda kobieta na planie choć trochę przypominała jego żonę. Unieważnił tym samym jakiekolwiek szanse na stworzenie SF w tonacji serio, a sam skrył się pod pseudonimem. I oczywiście dał nam tysięczny już film, w którym załoga może wklepać w komputer (w ludzkim języku) dowolne pytanie i uzyskać odpowiedź (w ludzkim języku).

Od zwałów kasetowego trashu obraz wyróżnia jednak wspomniany klimat. W Nocnych najeźdźcach kreuje go w dużej mierze muzyka Douga Timma – elektroniczny pean na cześć Vangelisa i Kitaro. Dziś trudno orzec, czy bardziej tandetna, czy ujmująco oldskulowa. Pomimo że film to jedna wielka smuga kiczu, na jakimś poziomie wciąga. Jesteśmy ciekawi rozwoju wydarzeń i wyjaśnienia zagadek. Ścieżka dźwiękowa do wtóru z „przedymieniem” tytułu zasnuwa mózg i sprawia, że w przyjemnym półśnie oglądamy dramatyczno-anemiczne sceny urągające wszelkiej logice. Efekty specjalne to standard kasetowej klasy B – nikt nie zawiśnie z ręką pełną chipsów w połowie drogi do ust, oniemiały ze zdumienia. Całość przypomina trochę teatr telewizji i rozsiewa solidny urok retro. George R.R. Martin żywi wobec filmu ciepłe uczucia, bo ten w jakimś stopniu popchnął jednak do przodu jego karierę. Ja za to mogę mówić o przyjemnym średniaku. Rzecz jednorazowego użytku i chyba tylko dla miłośników nietypowych doznań.

Ostatnio dodane