Recenzje

NINE – DZIEWIĘĆ. Imponujący spektakl

Autor: Aleksandra Tofil
opublikowano

Kolejną przyczyną tak potężnego przyciągania płci pięknej jest fakt, że Contini po prostu kobiety uwielbia. Są dla niego boginiami, muzami, źródłem natchnienia i wszelkich namiętności; nawet te obecne w jego życiu jedynie przez mgnienie oka, jak Stephanie (Kate Hudson), rezolutna dziennikarka, wielka fanka filmów Continiego, mile łechcząca jego artystyczne ego… i nie tylko, czy Saraghina (Stacy Ferguson), kobieta upadła, chłopięce wspomnienie, pierwsze zetknięcie z czymś grzesznym i pięknym jednocześnie – ucieleśnienie zakazanego owocu.

Od zaszufladkowania w jednym ze schematów broni się jedynie piękna Claudia (Nicole Kidman) – wieczna muza, nie wysychające źródło natchnienia Guida-reżysera. Ich związek nigdy nie przekroczył granicy zawodowej, pozostał czysto platoniczny i niespełniony. Doskonale jednak czuć obecną między obojgiem chemię, nawet pomimo tego, że Claudia przez większą część filmu pozostaje tylko postacią na zdjęciu czy plakacie.

Wspaniała rozrywka łącząca w sobie doskonałe proporcje subtelnego humoru i dramatyzmu, świetną muzykę i fantastyczne aktorstwo. A wszystko to osadzone w cudnie oddanej atmosferze Włoch lat 60.

Każdy ze związków Guida żyje własnym życiem. Każdy ma swoją historię. Wszystkie opowiedziane są świetnie wpasowanymi w fabułę utworami muzycznymi, brawurowo wykonanymi przez aktorki. O ile z Chicago oprócz świetnego „Cell Block Tango” nic w pamięci mi nie pozostało, tak w przypadku Nine ciężko będzie się uwolnić od co najmniej kilku utworów. Żywiołowe „Cinema Italiano” – fantastycznie zaśpiewane przez Kate Hudson z jeszcze bardziej fantastyczną czarno-białą, stylizowaną na pokaz mody oprawą fabularną. Zmysłowe, podobnie jak wykonawczyni – Fergie – „Be Italian”, rozerotyzowany do granic możliwości „A Call From The Vatican” wyśpiewany i przede wszystkim pokazany przez zapierającą dech w piersiach Penelope. No i oczywiście „Take It All” – poruszające, uderzające, brawurowo wykonane przez Marion Cotillard – za to wykonanie należą się naprawdę owacje na stojąco! Do tego trzeba jeszcze wspomnieć „Folies Bergere” zaśpiewane przez Judi Dench, ożywiającą specyficzną atmosferę paryskiej sali koncertowej. Chcąc być obiektywnym, przyznać jednak trzeba, że zdarzają się również dużo słabsze kawałki, jak np. „My Husband Makes Movies”, ale całe szczęście giną niemal niezauważone wśród znakomitej większości.

Kolejny komplement należy się oczywiście aktorom. Cała obsada spisała się po prostu śpiewająco. Choćby nie wiem jak się chciało, nie można wskazać słabszej kreacji aktorskiej. Cotillard olśniewająca na każdym kroku, delikatna, a jednocześnie charyzmatyczna. Cruz – zmysłowa, kipiąca seksapilem, Kidman – ucieleśnienie muzy, Dench – profesjonalizm w każdym calu, Loren – potęga ekranu. Ciężkie miał przed sobą zadanie Day-Lewis – nie zginąć w otoczeniu tak wspaniałych partnerek. Wywiązał się z niego znakomicie. Jego Guido – nieco zgarbiony, jakby chciał się schować, przemknąć chyłkiem obok całego świata – charakteryzuje się potężną charyzmą, zawadiackim urokiem połączonym z chłopięcym wdziękiem i kapką arogancji właściwej playboyowi. Marshall zaserwował widzowi doskonały koktajl aktorski.

Podsumowując: wspaniała rozrywka łącząca w sobie doskonałe proporcje subtelnego humoru i dramatyzmu, świetną muzykę i fantastyczne aktorstwo. A wszystko to osadzone w cudnie oddanej atmosferze Włoch lat 60. Dziewięć razy brawo dla tego obrazu!

Tekst z archiwum film.org.pl (14.01.2010).

Ostatnio dodane