Recenzje

NINE – DZIEWIĘĆ. Imponujący spektakl

Autor: Aleksandra Tofil
opublikowano

Chicago do gustu mi nie przypadło. Jako że seans był dawno, niestety nie do końca pamiętam dlaczego. W każdym razie coś mi tam zgrzytało, trzeszczało i nie pozwoliło cieszyć się musicalem jak należy – a to, w moim przypadku, rzecz raczej niespotykana, ponieważ jeśli chodzi o tę formę widowiska, obiektywna absolutnie nie jestem. Niemal każdy film, w którym są kwestie śpiewane oraz namiastka choreografii z miejsca zaskarbia sobie moje przychylne uczucia. Nine udało się osiągnąć znacznie, znacznie więcej.

Guido Continiego (Daniel Day-Lewis) – słynnego, uznanego włoskiego reżysera – poznajemy, kiedy zaczyna pracę nad swoim najnowszym filmem o mocnym, wzniosłym i dość patetycznym tytule „Italia”. Zarówno publiczność, jak i przede wszystkim sam twórca z obrazem wiążą wielkie nadzieje – ma być wielkim powrotem maestro Continiego do formy po kilku wcześniejszych „wpadkach”. Niestety, prace idą jak po grudzie. Reżysera dopada niemoc twórcza. Do tego dochodzą jeszcze problemy osobiste: kryzys związku, kryzys drugiego związku, kryzys wieku średniego, tożsamości nawet. Od tego momentu opowieść Marshalla koncentruje się na desperackich próbach odzyskania przez Guida kontroli nad swoim rozpadającym się kawałek po kawałku życiem.

Każdy ze związków Guida żyje własnym życiem. Każdy ma swoją historię. Wszystkie opowiedziane są świetnie wpasowanymi w fabułę utworami muzycznymi, brawurowo wykonanymi przez aktorki.

Jeśli obiektywnie chciałoby się opisać głównego bohatera, trzeba by było to zrobić w sposób mocno pejoratywny: zaabsorbowany sobą do granic egoizmu playboy, zupełnie zasłużył – ba! – wręcz zapracował na to, co go spotkało. Niestety, w przypadku Guida jakiekolwiek zdroworozsądkowe próby znielubienia go radośnie spełzają na niczym. Po prostu niemożliwe jest obdarzenie go innym uczuciem niż czysta, głęboka sympatia. Powodem tego jest zapewne nieustanne wrażenie, że zamiast z dojrzałym mężczyzną, ma się do czynienia z nieco zagubionym, nieco psotnym i rozkapryszonym, ale niezwykle uroczym i w gruncie rzeczy dobrym chłopcem, który może i potrzebuje reprymendy, ale mimo wszystko – a może właśnie dlatego – trzeba otoczyć go opieką oraz nieskończonymi pokładami miłości. Nic więc dziwnego, że obecne w jego życiu kobiety stoją za nim murem nawet wtedy, kiedy zdrowy rozsądek podpowiada, by uciekały, głośno wrzeszcząc.

Cotillard olśniewająca na każdym kroku, delikatna, a jednocześnie charyzmatyczna. Cruz – zmysłowa, kipiąca seksapilem, Kidman – ucieleśnienie muzy, Dench – profesjonalizm w każdym calu, Loren – potęga ekranu.

I tak mamy Luisę Contini (Marion Cotillard) – zdradzaną żonę, która rezygnuje z własnej kariery aktorskiej, by wspierać ukochanego męża. Cały czas widzi w nim filmowego geniusza, który potrzebuje jedynie czasu i motywacji, by wrócić do wielkiej formy. Uosobienie poświęcenia doskonałego. Carla (Penélope Cruz) – kochanka; zawsze na drugim miejscu, zawsze w cieniu i zawsze na skinienie palca ukochanego mężczyzny. Lilli (Judi Dench) – zapewne z racji dużej różnicy wieku – „tylko” przyjaciółka. Ale za to do głębi prawdziwa. W każdej chwili gotowa przyjść z pomocą, dobrą radą, kawą i papierosem. No i oczywiście Mamma (Sophia Loren) – przykład miłości bezwarunkowej, która – znając doskonale swojego syna – nawet w zaświatach nie może zaznać spokoju i pojawia się przy jego boku, by pocieszyć, ukoić. No w sumie to tylko ten ostatni przykład jest zupełnie zrozumiały, bo która matka nie pochyliłaby się nad swoim nieszczęśliwym dzieckiem.

Ostatnio dodane